sobota, 29 maja 2021

RECENZJA: Rozjemca - Brandon Sanderson


Rozjemca to powieść Brandona Sandersona, która po raz pierwszy ukazała się w 2009 roku, czyli cztery lata po wydaniu fantastycznego, debiutanckiego dzieła autora - Elantris. Z przyczyn niezrozumiałych aktualnie nawet dla mnie, poznałem ją dopiero teraz, ale jak to mawiają starsi: lepiej późno niż wcale. Przynajmniej w porównaniu do tych szczęśliwców, którzy przeczytali ją jakiś czas temu, ja mogłem po raz pierwszy poczuć ten charakterystyczny dreszcz emocji, który daje wyłącznie pierwsza lektura książki. A że był to dreszcz naprawdę niesamowity, niech zaświadczą spisane poniżej słowa, w których rozwodzę się nad wspaniałością Rozjemcy. W końcu robię to nie bez powodu i całkiem zasłużenie, gdyż jest to jedna z najfajniejszych książek fantasy, jakie miałem okazję ostatnio przeczytać. 

Tym razem Sanderson zabiera nas na Nalthis, świat będący częścią jego autorskiego projektu Cosmere. To tu poznajemy dwie księżniczki z szarego, górskiego królestwa Idris - Siri i Vivennę. Vivenna jest od dziecka przygotowana do wydania za mąż za panującego w kolorowym Hallandren Króla-Boga, jednak za sprawą decyzji ich ojca, na dwór Susebrona zostaje wysłana Siri. Czując się niepotrzebna i odtrącona, Vivenna wyrusza do stolicy T'Telir, aby ratować siostrę z rąk władcy, który po doczekaniu się potomka, może zagrozić bezpieczeństwu Idris. Tymczasem do stolicy Hallandren przybywa niejaki Vasher, człowiek potrafiący kontrolować zjawisko BioChromy - przedziwnego rodzaju magii, polegającej na rozbudzaniu przedmiotów za pomocą przywłaszczonych Oddechów. Na skutek następujących po sobie wydarzeń, panujący w królestwie, Powracający Bogowie zostają postawieni wobec decyzji o ataku na Idris, a jeden z nich, zwany górnolotnie Darem Pieśni, za sprawą swego niepokornego charakteru uwikła się w całą tę historię.    

Sanderson jest mistrzem w kreowaniu uniwersów i Rozjemca nie jest tu żadnym wyjątkiem. Struktura świata oraz magii w nim obowiązującej jest jak zwykle najwyższej próby, oferując kompletne przepisanie tematu, który wielu twórców od dekad bezmyślnie powtarza po swych prekursorach. Z początku zasady BioChromy oraz sekrety magii kolorów mogą wydać się czytelnikowi nieco mgliste, ale po kilku rozdziałach wszystko odnajduje swój sens. Tym większa jest też fascynacja z lektury, w czasie której mamy możliwość stopniowego odkrywania wszelkich tych sekretów. Biorąc pod uwagę zasady powracania do życia Bogów Hallandren, od razu da się wyczuć, jak bardzo magia jest powiązana z wszystkim, co dzieje się w tym uniwersum. A jest to tak zajmujące, że gdybym znów miał te dziesięć lat, na pewno wraz z kolegami bawilibyśmy się po szkole w Powracających, korzystających z potężnej liczby Oddechów, dokonując najróżniejszych, karkołomnych czynów.   

Oprócz budowy świata i działającej w jego ramach magii, Sanderson urzeka nas w powieści wciągającą fabułą, kreowaną za sprawą postaci oraz dokonywanych przez nie decyzji. Być może można przyczepić się, że niekiedy któryś z bohaterów postępuje nie do końca z ogólnie przyjętą logiką (trochę jest tak w przypadku zachowania Vivenny po przybyciu do T'Telir), ale te drobne nieścisłości nikną w ogromie wydarzeń oraz zagadki, która bezsprzecznie dominuje w powieści. Jej rozwiązanie przez cały czas pozostaje na naszych oczach, jednak za sprawą odpowiedniego dawkowania informacji autor skutecznie trzyma nas od niego z daleka. I tak jest aż do samego finału Rozjemcy, który oferuje zaskoczenie, satysfakcję, a nawet drobną nutkę wzruszenia. Powieść skrzy się całkiem udanym humorem. W tej materii przoduje mój ulubiony Dar Pieśni, którego sarkazm i znużenie rzeczywistością rozwalają system w prawie wszystkich jego dialogach. Za najlepszy przykład dobrze skonstruowanego żartu niech z kolei posłuży wyjaśnienie Susebrona, dotyczące prób pozyskania potomka. Odpowiedź Króla-Boga jest tak niespodziewana (ale w pewnym sensie również oczywista), że wcześniej nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że może chodzić o coś takiego.

Rozjemca to rewelacyjna opowieść o grupie bohaterów, którzy muszą odnaleźć w sobie siłę, aby zmienić otaczającą ich rzeczywistość. To historia świata postawionego na krawędzi wojny, której można uniknąć, łącząc się we wspólnej walce, pokazującej, że za sprawą odrobiny zaufania możemy odkryć jak niewiele nas dzieli. I choć to wszystko już kiedyś gdzieś było, Sanderson ubiera swe dzieło w całkiem nowe barwy. Z ich pomocą skutecznie maskuje wszechobecne inspiracje, na świeżo tworząc opowieść o tym co ważne i fascynujące. Choć książka liczy sobie ponad sześćset stron napisanych niewielką czcionką, czyta się ją błyskawicznie. Każdy nowy rozdział jest ciekawszy od poprzedniego, a przywiązanie do postaci oraz chęć rozwikłania tajemnicy napędza zainteresowanie finałem. Rozjemca jest w pełni zamkniętą, jednotomową powieścią (mimo że epilog otwiera furtkę do ewentualnej kontynuacji). Warto więc sięgnąć po historię Siri, Vivenny, Vashera, Daru Pieśni i kilku innych postaci, nie bojąc się, że będzie to wielotomowa saga bez końca. Bo jeśli ciąg dalszy powstanie, to i tak publikacja broni się jako samowystarczalna opowieść.    

rys. Dan Dos Santos
rys. Dan Dos Santos















Tytuł: Rozjemca
Autor: Brandon Sanderson
Przekład: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 639
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 49,00 zł

piątek, 28 maja 2021

DeMon(iczna) Cruella (2021) powraca w aktorskiej adaptacji Disney'a


Od pewnego czasu Disney karmi nas aktorskimi przeróbkami swoich największych animowanych hitów, a spragnione kasy Hollywood dorzuca do tej puli filmy traktujące o losach przeróżnych antagonistów. Przykład Czarownicy (2014) oraz jej niedawna kontynuacja pokazują, że jest pewien potencjał w takich historiach, tym bardziej jeśli są skierowane do tzw. familijnego odbiorcy. Osobiście nie przepadam za ukazywaniem słynnych złoczyńców przy jednoczesnym pozbawianiu ich kontekstu protagonisty. Jokera (2019) porzuciłem po dziesięciu minutach oglądania, a seans Venoma (2018) ograniczyłem do zobaczenia jednego, krótkiego zwiastuna. Co zatem sprawiło, że wybrałem się na najnowszą kreację Disney'a, ukazującą wczesne losy znanej ze 101 dalmatyńczyków (1961), okropnej Cruelli De Mon? Na pewno niemały wpływ miał długi okres kwarantanny, jaką objęte zostały wszelkie placówki kulturalne (chyba każdy kinoman stęsknił się już za wielkim ekranem, prawda?). Sądzę także, że zwyczajnie zachęcił mnie dość mroczny klimat, w jaki ubrano zapowiedzi filmowe tej produkcji. Tak czy inaczej, okazało się, że znów podjąłem dobrą decyzję.  

Cruella w reżyserii Craiga Gillespiego to klasyczne "origin story", sięgające samych początków egzystencji tytułowej postaci. Jednak zanim Cruella stała się Cruellą, nazywała się Estella. Była dziewczynką nieco dziwną, a na dodatek miała w życiu trochę pod górę. No bo niby jak inaczej? W końcu rolą każdego protagonisty jest doświadczać najgorszych rzeczy, aby stopniowo, za sprawą niezłomności charakteru oraz wpływu otoczenia stać się postacią godną uwagi odbiorcy. Wszystko to mamy więc i w tym filmie - trudy dorastania, definiującą późniejsze poczynania rodzinną tragedię, obecność kilku życzliwych osób oraz odnalezienie wielkiej pasji, która ostatecznie pcha bohaterkę do znamiennych czynów. A wszystko to pokazano tak, aby Estella była naszą faworytką od początku do końca. Zaszczyt roli głównego czarnego charakteru przypadł tu niejakiej Baronowej, właścicielki słynnego londyńskiego domu mody. To właśnie z nią połączy tytułową bohaterkę specyficzna i dość zawiła relacja, która będzie napędzać film od samego początku do końca. 


Powiedzmy to sobie jasno - Cruella to nie jest film dla dzieci. Przynajmniej nie dla tych najmłodszych - za dużo w nim mroku, chęci zemsty oraz pewnych dojrzalszych kwestii, które dla typowego sześciolatka mogą okazać się zwyczajnie nie do ugryzienia. Starszaki z powodzeniem załapią wszystkie scenariuszowe niuanse i powinni bawić się w najlepsze. W sumie o to przecież chodzi, a film Gillespiego dostarcza rozrywki w każdym możliwym aspekcie. Podróż naszej bohaterki przedstawiona jest bardzo skrupulatnie. Jesteśmy w stanie ją zrozumieć i kibicować jej w sumie już od pierwszych scen. Z każdą upływającą minutą filmu Estella coraz bardziej przypomina postać z klasycznej animacji, choć dodatkowo nacechowaną indywidualnymi walorami, których na próżno szukać u jej rysunkowej wersji (brawa dla odgrywającej tę rolę Emmy Stone!). To wyraźny plus produkcji, przecież w końcu chcemy, aby główna postać była jak najbardziej trójwymiarowa i realna w odbiorze. Mamy tu także dość istotny wątek starannie wypieranej, drugiej osobowości. Nie spodziewajcie się bynajmniej naukowych dywagacji o rozdwojeniu jaźni - w końcu to film dla masowego widza. Całkiem przekonująco wypadają partnerujący Estelli towarzysze - uliczni złodzieje Jasper i Horacy. Chłopaki są w stanie skraść kilka fajnych chwil, natomiast to Baronowa (tu brawa dla Emmy Thompson!) pozostaje największą gwiazdą drugiego planu. To osoba, którą nasza bohaterka z pewnością stanie się w przyszłości (a przynajmniej jest taka w wersji klasycznej) i na niej skupia się całą niechęć widza. W mniejszych rolach nieźle wypadają dwie psie gwiazdy (choć czasami były chyba podrasowane komputerowo). Fani dalmatyńczyków także nie powinni narzekać. Trzej przedstawiciele tej rasy są w filmie dość zauważalni, jednak ich rola jest nieco inna niż w animacji.

Historia Cruelli to swoiste połączenie punk-rockowego filmu o modzie, osobliwego "heist movie" oraz klasyki w wersji aktorskiej, skierowanej do trochę starszego widza. Wiem jak dziwnie może to zabrzmieć, ale ten koktajl sprawdza się na ekranie znakomicie. Poszczególne etapy historii wybrzmiewają w dobrym tempie, akcenty na konkretne rozwiązania również zaznaczono dość wyraźnie. W całym przedsięwzięciu pomagają dwa intrygujące zwroty akcji, skupiające uwagę widza nawet wtedy, gdy na chwilę przed ich rozwiązaniem wszystkiego sam się domyśli. Cruella nie byłaby tak dobrym filmem, gdyby nie zdjęcia, muzyka (w szczególności piosenki), kostiumy czy scenografia. To one tworzą mroczny klimat tej produkcji, przenosząc nas do Londynu z przełomu lat 60/70 ubiegłego stulecia. I tak jak scenariusz cieszy umysł odbiorcy, tak wszelkie elementy wizualizacji intensywnie pieszczą zmysł wzroku. Obojętnie, czy wraz z bohaterami przechadzamy się brudnymi zakamarkami miasta, uczestniczymy w szalonym pościgu, czy jesteśmy na wspaniałym pokazie mody - zawsze jest na czym zawiesić oko.   


Specyficzną kwestią jest w Cruelli podejście do modnej ostatnio, tzw. poprawności politycznej. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale postacie, które możecie dobrze kojarzyć z kreskówki, zostały tu obsadzone przez aktorów o odmiennym kolorze skóry. Mnie to generalnie nie rusza, ale w sumie jest dość szokujące, bo przez chwilę trudno przez tę zamianę wyłapać istotę rzeczy. Sam film nie nawiązuje aż tak bardzo do 101 dalmatyńczyków (przynajmniej nie stara się być pełnoprawnym prequelem), ale koniecznie zostańcie w kinie na scenę po pierwszych napisach. Jest tam coś, co na pewno Was ucieszy. 

Cruella okazała się miłym zaskoczeniem i dziś na pewno zaliczę ten film do czołówki swoich ulubionych, aktorskich interpretacji Disney'a. Gillespie opowiedział w nim świetną, bardzo zajmująca historię, która w zupełności broni się jako samodzielna, zamknięta całość (co jest ważne, bo przecież w większości bazuje na pomyśle z zupełnie innej bajki). Zemsta, determinacja i dążenie do obranego celu wyrażają tytułową postać, łącząc z nią widza w bardzo satysfakcjonujący sposób. Obraz dostarcza świetnej, niepozbawionej wspaniałej wizualizacji rozrywki, podpartej zajmującą grą aktorów (którzy na szczęście nie przeszarżowali w swych kreacjach - a przecież było o to łatwo). Film jest dość długi jak na dzisiejsze familijne standardy, ale mi czas spędzony w kinie nie dłużył się ani trochę. Warto zatem poświęcić chwilę na wyprawę do pobliskiego multipleksu, aby samodzielnie przeżyć tę historię. Ja swój powrót do kina w 2021 roku uznaję dzięki Cruelli za bardzo udany i po cichu liczę na jeszcze więcej w kolejnych miesiącach!



Tytuł: Cruella (Cruella)
Scenariusz: Dana Fox, Tony McNamara
Reżyseria: Craig Gillespie
Obsada: Emma Stone, Emma Thompson, Joel Fry, Paul Walter Hauser, Mark Strong, Kirby Howell-Baptiste, John McCrea, Emily Beecham i inni
Wytwórnia: Walt Disney Pictures
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 28 maja 2021 (Polska/USA)
Czas trwania: 134 min.

niedziela, 23 maja 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 47 (Star Wars. Łowcy nagród tom 1, Smerfy tom 10, Thorgal - Młodzieńcze lata tom 9, Mercy tom 2)

Oj, dzieje się w tym wydaniu, dzieje... Thorgal, Mercy, gwiezdni łowcy nagród i Smerfy. Jak zawsze postarałem się, aby każdy czytelnik historii obrazkowych znalazł tu coś dla siebie. Możecie więc wybierać pomiędzy komiksami dla młodych, horrorami, epickimi historiami fantasy oraz awanturniczymi przygodami w kosmosie. Zapraszam do lektury i decydowania, które z poniższych tytułów trafią wkrótce do Waszej biblioteczki. :-)


Star Wars. Łowcy nagród, tom 1 - Najgroźniejsi w galaktyce

Star Wars. Łowcy nagród
 to obok Star Wars, tom 1 - Ścieżka przeznaczenia oraz Star Wars. Darth Vader, tom 1 - Mroczne serce Sithów trzecia nowa seria, jaka w 2021 roku wystartowała w naszym kraju. Jakoś tak dziwnie wyszło, że w Kiosku z komiksami zabrakło moich recenzji tych dwóch tytułów, niemniej pragnę Was zapewnić, że są to albumy warte wydanych przez nas pieniędzy. Czy zatem Najgroźniejsi w galaktyce - historia Ethana Sacksa i Paolo Villanelli'ego może również znaleźć się w gronie udanych komiksów? Jeśli lubicie szybkie, naszpikowane gęstą akcją treści, nie zawiedziecie się ani jedną stroną tego albumu. To opowieść pełna przemocy i podłych knowań, ale także kruchych sojuszy, traktująca o tytułowych łowcach nagród, dobrze znanych fanom gwiezdnego cyklu George'a Lucasa. Obok natychmiast rozpoznawalnego Boby Fetta czy Bosska, mamy tu do czynienia także z widocznym na okładkowej grafice Valance'm. To właśnie on przez większość czasu pozostaje główną postacią przedstawionej historii. Historii, która pędzi na złamanie karku, oferując liczne zwroty akcji oraz obraz półświatka łowców, nieczęsto odwiedzanego w filmach z cyklu. Akcja Najgroźniejszych w galaktyce rozgrywa się bezpośrednio po zakończeniu Imperium kontratakuje. Przed laty wspomniani bohaterowie wzięli udział w pewnej misji, która nie poszła zgodnie z planem z powodu zdrady mentorki Valance'a. Teraz łowczyni powraca w tajemniczych okolicznościach, a każdy galaktyczny zakapior za wszelką cenę pragnie ją pochwycić. Valance jest zdeterminowany, żeby zdobyć za nią nagrodę. W sumie nic dziwnego, w końcu mają rachunki do wyrównania. Co jednak mogło spowodować, że Lash złamała słowo i zdradziła swojego protegowanego?

Przyznam, że opowieść Sacksa nie do końca mi podeszła. To, co dla reszty odbiorców będzie stanowiło wielki atut komiksu, mi wydało się rozpędzoną do granic możliwości kulą miernej fabuły, ratującą się wyłącznie ciekawym zakończeniem, oraz rysunkami Villanelli'ego. Oprócz wartkiej akcji nic nie przyciągnęło mojej uwagi na dłużej, w płynnym przyswajaniu treści nie pomogła też ogromna ilość ukazanych postaci. Niestety, ze względu na zawrotne tempo wydarzeń bardzo trudno było mi utożsamić się z którąkolwiek z nich. Oddaję jednak honor grafikowi - ilustracje doskonale pasują do tego typu historii. Są niezwykle żywiołowe, świetnie oddając rozszalały klimat komiksu. Najgroźniejszych w galaktyce polecam osobom, które lubują się w gangsterskich, przepełnionych bogatą galerią łotrów opowieściach, bardziej przypominających grę komputerową, niż konkretną opowieść. Mnie niestety tematyka zaprezentowana przez autorów zupełnie nie ruszyła i zapewne za tydzień nie będę już pamiętał o czym ten komiks w ogóle był. Może gdyby Sacks kosztem tempa popracował nad lepszą budową postaci lub poszczególnych wątków, efekt byłby lepszy. Dochodzę więc do wniosku, że po prostu czasem nie można mieć wszystkiego.  

Tytuł: Star Wars. Łowcy nagród, tom 1 - Najgroźniejsi w galaktyce
Scenariusz: Ethan Sacks
Rysunki: Paolo Villanelli
Przekład: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Smerfy, tom 10 - Zupa ze Smerfów

Pewnego dnia do zamku złego czarownika Gargamela przybywa dość nietypowy gość. Jest to olbrzym Pasibrzuch, niezbyt mądry gagatek, czujący niczym niepowstrzymany głód. Gdy po bezwzględnym splądrowaniu prywatnej spiżarni Gargamela, wciąż domaga się jedzenia, czarownik wpada na pewną złowieszczą ideę. Używa łatwowierności olbrzyma, aby obiecać mu ogromny gar pysznej zupy ze Smerfów, które sam bezskutecznie tropi już od dłuższego czasu. W tym celu obaj udają się do lasu, gdzie Pasibrzuch ma pomóc odnaleźć Gargamelowi ukrytą wioskę tych niebieskich maluchów. Tak zaczyna się jedna z najbardziej lubianych klasycznych historii o Smerfach, oryginalnie opublikowana aż czterdzieści pięć lat temu. Jak zawsze komiks legendarnego Peyo oraz Yvana Delporte'a oferuje masę pozbawionej przemocy zabawy, sporo świetnego humoru oraz przygód, które sprawią frajdę nie tylko najmłodszym odbiorcom komiksu. Zło jak zawsze poniesie tu sromotną klęskę, a dobro, spryt i cierpliwość zostaną należycie wynagrodzone. I jak zawsze wszystko odbędzie się w pozbawiony natrętnego morału sposób. Dodatkową atrakcją Zupy ze Smerfów jest kilka krótszych (w większości jednostronicowych) historyjek, które znamy dobrze z albumu Z życia Smerfów. Pokazują one dobitnie, że w materii krótkiej formy z wyraźną puentą, autorzy czuli się tak samo dobrze, jak przy dłuższych opowieściach. Jeśli miałbym wyrazić jakąkolwiek krytykę wobec powyższego tomu, zwróciłbym uwagę na nieco rozczarowujący finał ostatniej opowiastki - Nieoczekiwanej wiadomości. Tak jakoś słabo to wyszło...

Aż trudno uwierzyć, ale Smerfy są z nami już od drugiej połowy lat 50. ubiegłego stulecia. Peyo wymyślił je jako postacie drugoplanowe, wzbogacające fabułę komiksu Johan & Pirlouit i za sprawą sporego sukcesu, po kilku latach poświęcił im oddzielną serię. Podobno sam jednak nigdy nie mógł pogodzić się z faktem, jak błyskawicznie Smerfy skradły popularność jego głównym bohaterom. No cóż, wydaje mi się, że w sumie chyba dobrze wyszło, bo sława niebieskich skrzatów oraz ich wpływ na popkulturę są dziś absolutnie nie do przecenienia. Dowodem na to są choćby ciągłe wznowienia cyklu, którego nowe i klasyczne tomy regularnie ukazują się także u nas. Peyo zmarł w 1992 roku, pozostawiając po sobie kilkanaście niesamowitych tomików. Od tamtej pory nad jego dziedzictwem czuwa grupa oddanych artystów, z synem Thierrym na czele. Na chwilę obecną światowa biblioteka smerfnych tytułów obejmuje aż 38 albumów i serię poboczną Smerfy i Wioska Dziewczyn.   

Tytuł: Smerfy, tom 10 - Zupa ze Smerfów
Scenariusz: Peyo, Yvan Delporte
Rysunki: Peyo
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Thorgal - Młodzieńcze lata, tom 9 - Łzy Hel

Thorgal
to chyba jedyna taka frankofońska seria komiksowa, która przyjęła się na polskim rynku jak nasza własna. Oczywiście, niebagatelna w tym zasługa Grzegorza Rosińskiego, który przez ponad cztery dekady tworzył ilustracje do tego kultowego już komiksu. Wszystko co dobre musi się jednak kiedyś skończyć, tym smutniejsze jest dla fanów cyklu niedawne odejście Mistrza od rysowania przygód dzielnego wikinga z gwiazd. Tymczasem złe rzeczy dla Thorgala zaczęły się już nieco wcześniej, wraz z pomysłem na rozszerzenie cyklu, za sprawą wprowadzenia kilku historii pobocznych. W ten sposób około dekady temu otrzymaliśmy aż trzy serie związane z uniwersum - Kriss De Valnor, Louve i Młodzieńcze lata, których ostatni, dziewiąty tom trzymam właśnie w dłoniach i opisuję. Co dzieje się w Łzach Hel? Teoretycznie wszystko co powinno zagwarantować nam świetną, przygodową opowieść (komiks jest bezpośrednią kontynuacją wątków rozpoczętych w Sinozębym i Bękartach). Mamy tu ucieczkę przed okrutnym królem Haraldem, katastrofę statku, tajemniczą wyspę pełną szkieletów, gigantyczne robactwo i śmiertelną pułapkę. Tylko czy tego wszystkiego wystarczyło, aby stworzyć świetny, pełen emocji komiks? No, niestety nie.

Wyjaśnijmy to sobie od razu: za spadek jakości Thorgala w głównej mierze obwiniam panów Sentego i Yanna, którzy są najważniejszymi pomysłodawcami (i scenarzystami) większości tytułów z cykli pobocznych. W moim odczuciu autorzy wymarzyli sobie, aby uczynić z opowieści o dzielnym wikingu sagę na miarę epopei superbohaterskich lub choćby Pieśni Lodu i Ognia G. R. R. Martina. Fajnie? Tak, tylko że Thorgal to nie jest dobry materiał na takie wycieczki. Za sprawą poszerzania znanego z komiksów świata oraz odcięciu bohaterów od ich najważniejszych (i napędzających fabułę) cech, sprawili, że większość opublikowanych tytułów jest zwyczajnie mocno rozwodnioną wersją najlepszych dzieł Van Hamme'a. I tak jest też z Łzami Hel. Yann jest wielkim fanem przydługich dialogów, w których wyjaśnia wszystkie mniej lub bardziej istotne kwestie z pasją godną twórców wikipedii. Na domiar złego, wkłada te objaśnienia w usta poszczególnych postaci, zapominając choćby o tym, że normalni ludzie nie gadają do siebie cytatami z leksykonów. Jest tego pełno w nowym tomie, a gdy już wreszcie (na 19 stronie!) przechodzimy do głównej przygody, okazuje się ona być zupełnie bez polotu. Postacie biegają bez większego sensu w te i we w te, a ich zmagania ani na chwilę nie są w stanie zainteresować przyzwyczajonego do wysokiej jakości klasycznych tomów czytelnika (czyli mnie). Największą porażkę ponosi w tym wszystkim młody Thorgal, który nie jest wcale poznającym trudy życia młodzieńcem, tylko pomniejszoną kalką bohatera znanego z dawnych albumów. Przepraszam, Panie Yann, ale po co jest w ogóle ta seria? Myślałem, że m.in. po to, aby pokazać co sprawiło, że Thorgal stał się tym Thorgalem, którego znamy choćby ze Zdradzonej czarodziejki. Niestety nie. Nastoletni wiking w wersji Yanna to taki głupio-mądry dzieciak, który wie więcej niż niejeden dorosły (dlaczego za te ciągłe mądrzenie się nikt nie wyrzucił go z drakkara, nie mam bladego pojęcia...?). Zatem o przemianie postaci nie ma tu mowy, a jedynym bohaterem, który w Łzach Hel przechodzi jakąkolwiek drogę, jest bękarci syn Sinozębego - Swen. Szkoda tylko, że jest to postać drugoplanowa. Niestety, ostatni tom Młodzieńczych lat Thorgala nie jest w stanie zmyć gorzkiego smaku porażki większości albumów z serii pobocznych. Pozostaje zatem cieszyć się, że jest to już koniec, mając nadzieję, że lepsza forma Yanna prezentowana w głównej serii da nam w nadchodzących latach jeszcze kilka ciekawych albumów. 

Tytuł: Thorgal - Młodzieńcze lata, tom 9 - Łzy Hel
Scenariusz: Yann
Rysunki: Roman Surżenko
Przekład: Wojciech Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka/twarda
Cena okładkowa: 24,99 zł/34,99 zł


Mercy, tom 2 - Łowcy, kwiaty i krew

Ponad pół roku temu poznaliśmy pierwszy tom MercyDama, mróz i diabeł, a już dziś mamy okazję zgłębić ciąg dalszy losów lady Hellaine, małej Rory i kilku innych postaci z autorskiego komiksu Mirki Andolfo. Czym w ogóle jest ta seria? Najprościej ujmując, to przedstawiona w stylistyce klasycznego spaghetti westernu, przewrotna historia grozy. Po części przywodzi na myśl klasyczne opowieści o wampirach, jednak jest w niej też sporo z cyklu o Obcym czy Coś. Autorka za sprawą inspiracji tymi kultowymi tytułami utkała prawdziwie interesującą fabułę, traktująca o uczuciach, które powracają do życia nawet tam, gdzie nigdy byśmy się ich nie spodziewali. W Łowcach, kwiatach i krwi nadal śledzimy poczynania tajemniczej lady Hellaine, która przybyła do miasteczka Woodsburgh celem rozwoju swych interesów. Starając wkupić się w łaski miejscowej śmietanki towarzysko-biznesowej, niepokojąca dama coraz bardziej zwraca uwagę postronnych obywateli. Jej główną przeciwniczką staje się po cichu lady Swanson, która okazuje się mieć konszachty z grupą łowców, tropiących zagadkę odległych wydarzeń z kopalni. W całej intrydze niebagatelny staje się związek nowoprzybyłej z indiańską sierotą Rory, która zamieszkała wraz z Hellaine i jej lokajem Goodwillem w ich posiadłości.   

Czytając Wbrew naturze, nigdy nie pomyślałbym, że po zakończeniu tego projektu Andolfo tak bezproblemowo odnajdzie się w nowej stylistyce. Mercy to opowieść dość mroczna i niepokojąca. Tym samym trzyma spory dystans od przygód Leslie z poprzedniego dzieła autorki. Graficznie nadal mocno pobrzmiewają tu inspiracje mangą, ale są one kreatywnie zmiksowane z czymś na kształt cartoonowego realizmu. To właśnie jego szkicowy wydźwięk pozwala bez skrępowania zanurzyć się w mroku historii. Wielowątkowość fabuły pozwoliła artystce znacznie poszerzyć ramy świata przedstawionego, co w przypadku akcji umieszczonej w małej miejscowości ma nie lada znaczenie. Tajemnice zgłębiane są z różnych punktów widzenia, dzięki czemu stawka rośnie z każdą stroną tomu. W Łowcach, kwiatach i krwi Andolfo wręcz koncertowo trzyma odbiorcę na krawędzi fotela. Kiedy już byłem w stanie poukładać sobie w głowie dotychczasowe części układanki, autorka bezpardonowo zaserwowała nowe informacje, które koncertowo zbiły mnie z tropu. Dynamiczna akcja, wyraziści bohaterowie, angażująca tajemnica i świetne rysunki. To chyba wszystko czego potrzeba, aby stworzyć pełen emocji, niezapomniany komiks. Tymczasem Andolfo stawia w Mercy na jeszcze jedną kwestię. Jest to świat uczuć, które pobrzmiewają w tle całej tej opowieści. Okazuje się, że nawet w umysłach istot czerpiących energię z naszych ciał mogą obudzić się uczucia, które w ogóle nie powinny wypłynąć na powierzchnię. A to wszystko sprawia, że po lekturze drugiego tomu jestem jeszcze bardziej wkręcony w akcję, niż po części pierwszej. Warto nadmienić, że trzecia odsłona cyklu będzie niestety ostatnia. Nie ronię łez, bo od zawsze powtarzam, że dobre opowieści nie powinny być ciągnięte bez końca.   

Tytuł: Mercy, tom 2 - Łowcy, kwiaty i krew
Scenariusz i rysunki: Mirka Andolfo
Przekład: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 56
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 44,90 zł


Komiksy z serii Star Wars, Smerfy i Thorgal znajdziecie na stronie Egmontu.


Po komiksy z cyklu Mercy wpadnijcie na stronę Non Stop Comics.


wtorek, 11 maja 2021

RECENZJA: Pustka wietrzna. Polowanie na Morrigan Crow - Jessica Townsend


Morrigan Crow powraca, a wraz z nią tajemnicza moc zwana wunderem. Tym razem nasza bohaterka zmierzy się z dziwną i niebezpieczną przypadłością, dopadającą rozumnych przedstawicieli fauny Nevermooru. Od delikatnych sojuszów oraz wsparcia oddanych przyjaciół zależeć będzie, jak potoczą się losy opanowanych bezrozumną agresją wunderząt. A na dodatek nasza bohaterka poznawać będzie sekrety dawnych Wundermistrzów, aby móc w przyszłości stać się jednym z nich. Fanów znających dwie poprzednie książki cyklu Jessiki Townsend z pewnością nie trzeba przekonywać do sięgnięcia po najnowszy tom. Z całą pewnością są już po jego lekturze i mógłbym się założyć, że w większości zaspokoił ich oczekiwania. Czytelnikom dopiero planującym poznanie przygód tytułowej bohaterki pozostaje tylko pozazdrościć, że tak wspaniałą opowieść będą mogli przeżyć po raz pierwszy.

Townsend w Pustce wietrznej. Polowaniu na Morrigan Crow kontynuuje wątki rozpoczęte Nevermoor. Przypadkach Morrigan Crow oraz w Wundermistrzu. Powołaniu Morrigan Crow. Swym stylem nawiązuje bezpośrednio do dziedzictwa J. K. Rowling, tworząc powieść lekką, przyjemną i bardzo przystępną dla odbiorcy w każdym wieku. Nie bawi się jednak w jakiekolwiek wyjaśnienia, od razu wrzucając nas w rozpędzony wir zdarzeń. Jeśli więc (tak jak ja) czytaliście poprzednie tomy jakiś czas temu, doradzam lekkie odświeżenie tematu. Dzięki temu nie pogubicie się w fabule i nie będziecie musieli domyślać się wielu rzeczy z kontekstu.

Nowy tom Morrigan Crow dzieli się na dwa filary fabularne. Jeden opowiada o nauce naszej trzynastoletniej bohaterki w Szkole Sztuk Wunderowych (zwanych teraz Niegodziwymi), natomiast drugi skupia się na tytułowej pandemii, która dotyka zwierzęcą część mieszkańców Nevermooru. Oba wątki działają w powieści naprzemiennie, choć moją uwagę zdecydowanie bardziej przyciągała kwestia tajemniczej choroby wunderząt. Rozwijanie umiejętności Morrigan jest jak najbardziej na miejscu (w końcu wiąże się to z jej przyszłymi losami), jednak coś w temacie pustki wietrznej działało na moją wyobraźnię lepiej, niż śledzenie wraz z bohaterką wizji lekcji sprzed lat (zabrakło tu też czegoś, co bardziej pchnęłoby akcję do przodu). Kto wie, być może na mój odbiór ma wpływ aktualna sytuacja na świecie, kiedy cała ludzkość boryka się z przypadłością tak bardzo przypominającą zdarzenia w książce? Tak czy inaczej, za pomocą tematu nieznanej choroby autorka świetnie zaakcentowała problematykę społecznych podziałów. Tym samym udzieliła czytelnikom nienachalnej nauki, mówiącej wiele na temat akceptacji wszelkiej odmienności. W centrum wydarzeń nadal pozostaje Ezra Squall. Jako główny złoczyńca serii, znienawidzony Wundermistrz wciąż jawi się jako zagadka do rozwikłania. Na rozwój fabuły świetnie działa fakt, że jego motywacje są nie do końca oczywiste.

Jessica Townsend w cyklu Nevermoor tworzy całkiem zgrabny świat, który tylko pozornie przypomina inne, znane z licznych dzieł literatury. Podobnie jak w przypadku książek J. K. Rowling, wiele dalibyśmy, aby móc spędzić w nim choć dzień lub dwa. Uniwersum, w którym porusza się Morrigan zachwyca swą historią, kształtem, zasadami oraz postaciami. Poznajemy je stopniowo, śledząc rozwój wydarzeń wraz z bohaterką i podobnie jak ona, staramy się odnaleźć w konkretnych sytuacjach. Dzięki temu mamy możliwość przysłowiowego wejścia w jej buty, sprawdzając jakie decyzje byłyby w danym przypadku naszym udziałem. Wszechobecna tajemnica jest dawkowana niespiesznie, choć autorka wielokrotnie zaznacza, że w jej historii czarne niekoniecznie zawsze pozostaje czarne, a białe białe. Jak bardzo kreatywny jest to świat, zauważyć można już po wszelkiego rodzaju nazwach, określeniach lub nazwiskach poszczególnych osób. Niektóre z nich już na samym początku sprawiają trudność w przeliterowaniu, nie wspominając nawet o ich wymowie. Niby szczegół, ale bardzo podkreśla, jak wielką wyobraźnią dysponuje Townsend. Jestem pewien, że przy kolejnych odsłonach pisarka jeszcze nie raz nas czymś zaskoczy. 

Pustka wietrzna. Polowanie na Morrigan Crow to doskonała książka dla sympatyków dobrej, lekkiej fantastyki. Buduje napięcie, jedna czytelnika z postaciami, ale co najważniejsze - angażuje na długi czas. Zmusza do częstych powrotów, nie pozwalając na długo odkładać powieści na półkę. Nie bez powodu uznałem drugi tom cyklu za jedną z najlepszych książek 2019 roku w mojej Wielkiej Trójce 2019. Tym samym zachęcam, abyście sięgnęli po jego trzecią odsłonę, oczywiście wcześniej zaznajamiając się z jej poprzedniczkami. Talent Jessiki Townsend gwarantuje dobrą zabawę w uniwersum, które pokochacie tak samo jak postacie je zasiedlające. Mam nadzieję, że przypomni Wam wymyślony świat, w którym zakochaliście się dawno temu, jeszcze jako małe dzieci. A przecież o powrót do dzieciństwa także w książkach chodzi, prawda?



Tytuł: Pustka wietrzna. Polowanie na Morrigan Crow
Autor: Jessica Townsend
Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 576
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 44,90 zł

poniedziałek, 3 maja 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 46 (Czarodziejki W.I.T.C.H. księga 1, Garfield tom 9, All-New Wolverine tom 6, Czarolina tom 3, Klasyczne baśnie Disney'a - Król Lew, 101 Dalmatyńczyków)

To będzie najbardziej dziewczyńskie wydanie Kiosku z komiksami w historii. Spójrzcie tylko na spis treści: Czarodziejki W.I.T.C.H., All-New Wolverine, Czarolina... A na dodatek komiksowe adaptacje klasycznych baśni Disney'a. W sumie tylko Garfield reprezentuje tu coś dla typowo starszego czytelnika. Cieszę się niezmiernie, że choć na chwilę odchodzimy od utartych schematów - ten dział z założenia powinna cechować spora różnorodność. Bynajmniej do lektury zapraszam nie tylko nastoletnie reprezentantki płci pięknej - omawiane poniżej tytuły powinny przypaść do gustu nawet dużo starszemu czytelnikowi. :-)


Czarodziejki W.I.T.C.H. - Księga 1

Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ale komiks Czarodziejki W.I.T.C.H. dwie dekady temu stał się w naszym kraju prawdziwym objawieniem. Ku uściśleniu - mówimy tu o czasach, w których spragnieni obrazkowych historii czytelnicy, za sprawą Egmontu mogli znów poznawać różnorodne tytuły z Europy i USA. Właśnie wtedy wydawnictwo podjęło śmiałą próbę zdobycia uwagi nastoletniej płci pięknej, rozpoczynając publikację włoskiego magazynu na licencji Disney'a. W niedługim czasie okazało się, że wspomniana epoka nie należała wyłącznie do pewnego małoletniego czarodzieja z zygzakiem na czole, ale także do grupy pięciu dziewcząt, będących tajemniczymi strażniczkami równowagi dobra i zła na Ziemi. Dziś, kiedy młode czytelniczki wspomnianego magazynu dorosły i prawdopodobnie założyły już własne rodziny, Egmont na fali nostalgii przypomina ich ukochany komiks. Oczywiście robi to także po to, aby mogli cieszyć się nim zupełnie nowi czytelnicy.

O co w ogóle chodzi w serii Czarodziejki W.I.T.C.H.? Otóż jej głównymi bohaterkami są nastoletnie Will, Irma, Taranee, Cornelia i Hay Lin. Z pozoru to całkiem zwyczajne, chodzące do szkoły latorośle, jednak w ich życiu wszystko zmienia się dnia, kiedy wejdą w posiadanie medalionu, zwanego Sercem Kondrakaru. Za jego sprawą będą w stanie posługiwać się czterema żywiołami: wody, ziemi, ognia i powietrza. Opanowanie tych umiejętności będzie absolutnie kluczowe, ponieważ sieć rozdzielająca światło i mrok robi się coraz słabsza, a to umożliwia istotom ze złowrogiej krainy Maridianu przenikanie do naszego świata. Zapewne opis fabuły wyda się starszym fanom fantastyki nieco stereotypowy, cóż więc takiego niezwykłego jest w tym komiksie, że przez długi czas absorbował umysły młodych czytelniczek? Napiszę krótko: to ponad wszystko bardzo dobra historia. Składają się na nią fajnie wykreowane postacie, sensownie przedstawione uniwersum oraz fabularna epickość całości. W pierwszym tomie Czarodziejek W.I.T.C.H. problemy dorastających dziewczyn mieszają się z nowo otrzymaną odpowiedzialnością oraz nauką wspólnego stawania naprzeciw trudnym wyzwaniom. I nie jest to bynajmniej jakaś prosta historyjka, w której nastoletnie wróżki z łatwością i bez poświęceń pokonują kolejne, tandetne przeszkody. W komiksie wykreowanym przez Elisabettę Gnone i grupkę współpracujących z nią artystów zagrożenie jest bliskie i realne, a przyjaźń między dziewczynami stale wystawiana jest na próbę. Dzięki temu bohaterki nieustannie dostają ważne lekcje życia (tak w dobrze znanym, jak i magicznym świecie), co odbywa się z zamierzoną korzyścią dla odbiorcy ich przygód. Komiks stara się szanować inteligencję czytelnika, dzięki czemu dobrze przyswoją go także dużo starsi, bardziej wyrobieni fani. Zapewne nie bez znaczenia jest tu swoista lekkość opowiadania historii, za sprawą której komiks czyta się naprawdę szybko i przyjemnie. Osobnym walorem Czarodziejek W.I.T.C.H. są same ilustracje. Pracowało nad nimi kilku twórców (w tym znany z serii Ekho Alessandro Barbucci), lecz z odgórnym założeniem utrzymania identycznej stylistyki. Komiks wygląda pięknie, poszczególne kadry urzekają kolorami, pozostając jednocześnie bardzo czytelne. Słowem, uczta dla oczu. Inauguracyjny tom losów Taranee, Will, Hay Lin, Irmy i Cornelii można bez problemu zaliczyć do podgatunku literatury zwanego urban fantasy. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji do niego zajrzeć, gorąco do tego zachęcam. To naprawdę wciągająca opowieść, a fakt, że zakochało się w niej tak wiele czytelniczek sprawia, że musi być dziełem naprawdę wyjątkowym.    

Ps. Jak wielkim sukcesem okazały się niegdyś Czarodziejki W.I.T.C.H. przekonacie się w interesującej przedmowie do komiksu, napisanej przez Agnieszkę Wielądek.
  
Tytuł: Czarodziejki W.I.T.C.H. - Księga 1
Scenariusz: Elisabetta Gnone, Francesco Artibani, Bruno Enna
Rysunki: Alessandro Barbucci, Gianluca Paniello, Paolo Campinoti, Graziano Barbaro
Przekład: Agnieszka Puza, Jacek Drewnowski, Joanna Szabunio
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 384
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 89,99 zł


Garfield - Tłusty koci trójpak, tom 9

Garfield posiada wszystkie cechy antybohatera. Jest łakomy, leniwy, brutalny, złośliwy i podstępny. No dobrze - zapytacie, ale co z tego? Choć wszystkie te cechy w świecie realnym z pewnością wykluczyłyby go z grona naszych bliskich znajomych, to jednak na kartach komiksowych pasków Jima Davisa ów nietypowy kocur błyszczy bardziej niż niejedna gwiazda. W czym zatem tkwi tego przyczyna? Na pewno w świetnym poczuciu humoru autora, który z mistrzowską precyzją łączy elementy komediowe z baczną obserwacją otoczenia. Bo tak naprawdę Garfield niewiele różni się od innych kotów. Każdy, kto choć przez pewien czas żył w towarzystwie tych zacnych stworzeń, wie jak mocno potrafią dać popalić. Na szczęście przygody tytułowego obżartucha podane są z takim urokiem i lekkością, że bez problemu przemówią także do czytelników, którzy z domowymi kanapowcami nie mają wiele do czynienia.

W ręce wszystkich fanów codziennych pasków komiksowych trafia właśnie dziewiąty tom przygód Garfielda, jego pana Jona, pieska Odiego i kilku ich okazjonalnych znajomych. W tym Tłustym kocim trójpaku jak zwykle znajdziemy ogrom prześmiesznych, rozpisanych na trzy obrazki historyjek. I m.in. za ten prosty układ, oraz niezmiennie wysoką twórczą formę, należą się Davisowi ogromne brawa. Pomyślcie proszę sami - kto inny dałby radę przez ponad cztery dekady nieustannie dostarczać podobnych treści, nie narażając się na kopiowanie własnych pomysłów? Podczas gdy inni scenarzyści robią sobie kilkumiesięczne przerwy, dopada ich kryzys twórczy albo zasiadają do pisania nowych tytułów, Garfield wciąż zachowuje najwyższy poziom, każdego dnia czekając na nas z krótką i dosadną anegdotką. Paski zebrane w tym tomie pierwotnie publikowane były w latach 92-94 ubiegłego stulecia, czyli w czasie, gdy tytułowy bohater obchodził swe piętnaste urodziny. I choć dziś jest on prawie w wieku piszącego te słowa fana, bez precedensu opiera się niszczycielskiemu upływowi czasu. A to bez wątpienia oznacza, że w przypadku Garfielda mamy do czynienia z dziełem prawdziwie wiekopomnym. Czy pomyślelibyście coś takiego o prostej, humorystycznej historyjce?

Tytuł: Garfield - Tłusty koci trójpak, tom 9
Scenariusz i rysunki: Jim Davis
Przekład: Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 288
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 79,99 zł


All-New Wolverine, tom 6 - Staruszka Laura

Do rąk fanów Marvela trafia właśnie szósty (i niestety ostatni) tom przygód All-New Wolverine, zatytułowany Staruszka Laura. Kim jest tytułowa postać? Nasza bohaterka to Laura Kinney, zwana wcześniej jako X-23, czyli klon oryginalnego Wolverine'a. Została stworzona jako tajna i śmiercionośna broń w sekretnym programie Weapon X. Po ucieczce z instytucji (w której pomógł jej genodawca i mentor), bohaterka próbuje wrócić na drogę sprawiedliwości, porządkując pozostawiony za sobą bałagan. Po drodze napotyka dziewczyny będące kopiami jej samej (w tym swoją najmłodszą wersję, Gabby Kinney, znaną też jako Honey Badger), zyskuje kilku oddanych przyjaciół oraz (jak to bywa w komiksach superhero) sporo nieprzejednanych wrogów. W najnowszym tomie znajdziemy trzy historie, napisane przez niezastąpionego Toma Taylora. W pierwszej wraz z Gabby, rosomakiem Jonathanem oraz występującym gościnnie Deadpoolem wyruszymy do tajnego laboratorium, gdzie klasyczni złole przeprowadzają obrazoburcze doświadczenia na bezbronnych (i często martwych) zwierzętach. Druga zabierze nas w jedną z finalnych misji na Vantau, gdzie ukrywa się niegdysiejszy przeciwnik Wolverine. W tej wyprawie Laurze towarzyszyć będzie Amber Griffen, córka niegdyś zabitego przez nią tajnego agenta. W ostatniej opowieści (a zarazem tytułowej) przeniesiemy się w niedaleką przyszłość, aby wraz z dużo starszą Wolverine, Gabby i kilkoma dobrze znanymi bohaterkami uniwersum odwiedzić Latverię, czyli miasto rządzone przez nikczemnego Dr. Dooma. Ostateczna walka o pokój na świecie będzie miała miejsce właśnie tutaj.

Tom Taylor w Staruszce Laurze po raz kolejny pokazuje, z jaką łatwością potrafi stworzyć dynamiczne i niezwykle angażujące historie, osadzając je w nawet najbardziej skomplikowanych uniwersach. Komiksy tego scenarzysty cechuje swojego rodzaju lekkość, nieczęsto spotykana w tego typu historiach. Potrafi on łączyć angażującą akcję z ciepłym ujęciem bohaterów, umiejętnie lawirując pomiędzy ustalaniem wysokości stawki, a delikatnie wkomponowanym humorem. Do tego świetnie porusza się w bogatej historii całego uniwersum, swą wiedzę na jego temat wykorzystując do realistycznej prezentacji elementów fabuły. To właśnie dzięki tym cechom All-New Wolverine przez cały czas wydawania serii pozostawał jednym (obok Ms Marvel) z moich ulubionych tytułów Marvela. Koniec runu Taylora trochę smuci, na szczęście pozostają powtórki lektury oraz inne tytuły tego scenarzysty. Ozdobą nowego tomu są także ilustracje Marco Failli, Djibrila Morissette-Phan'a oraz Ramona Rosanasa. Wszyscy ci graficy stworzyli dość proste, nieprzeładowane szczegółami kadry, dzięki czemu można podczas śledzenia przygód Laury skupić się wyłącznie na fabule. W dziwny sposób przywodzi mi ona na myśl klimat filmów sensacyjnych z lat 80. ubiegłego wieku, w których zobrazowany świat był prostszy, a historie z walczącymi o pokój bohaterami pozbawione nadęcia, w pełni angażujące oraz pełne akcji, sprawiającej masę nieskrępowanej frajdy. I chyba dlatego ten komiks tak bardzo mi się podoba.  

Tytuł: All-New Wolverine, tom 6 - Staruszka Laura
Scenariusz: Tom Taylor
Rysunki: Marco Failla, Djibril Morissette-Phan, Ramon Rosanas
Przekład: Weronika Sztorc
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 112
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Czarolina, tom 3 - Tajemnica mojego pochodzenia

Są takie serie, które od początku wodzą czytelnika za nos, obiecując zupełnie coś innego, niż to, co otrzymuje się w finale. A mam tu na myśli zaskoczenie czysto pozytywne! Do takich tytułów mogę zaliczyć Czarolinę, ponieważ w swej najnowszej, trzeciej już odsłonie skutecznie wymknęła się spodziewanej kategoryzacji. W Tajemnicy mojego pochodzenia nadal pozostajemy na wyspie Vorn, gdzie grupa dzieciaków pod czujnym okiem profesora Balzara uczy się na kursie fantastykologii. Celem młodych jest osiągnięcie statusu kryptozoologa, czyli osoby doświadczonej w znajomości zwierząt fantastycznych. O ile w dwóch poprzednich odsłonach skupialiśmy się na poznawaniu bohaterów, odkrywaniu niuansów świata kryptyd oraz zagadkom dręczącym uczestników kursu, tak w najnowszej odsłonie zaczynamy zbierać żniwa zasiane przez autorki. Po wstępnym rozdaniu kart przyszedł czas na konkretne odpowiedzi i trzeba przyznać, że tych otrzymujemy całkiem sporo. Część sekretów wprawiających w zakłopotanie Czarolinę i jej przyjaciół znajduje swe ostateczne wyjaśnienie. Warto zaznaczyć, że odpowiedzi okazują się być naprawdę przemyślane, ale co ważniejsze - pozostają ściśle powiązane z zasadami świata przedstawionego. A ten jest naprawdę intrygujący. Z jednej strony przyciąga uwagę odbiorcy nieograniczoną fantazją autorek, z drugiej zaś opiera się o stopniowo wyjawiane zasady magii obowiązującej w opowieści.

Pośród tego wszystkiego autorki nie tracą z oczu głównej bohaterki, która na swych barkach dźwiga większość fabuły. Wraz z nią zmagamy się m.in. z próbami wyjaśnienia palących kwestii. Na pierwszy plan wysuwa się tu obecność widzianej wyłącznie przez bohaterkę, dziwnej istoty zwanej Zwiastunem oraz tytułowy sekret pochodzenia Czaroliny. Finał jak zawsze zaskakuje, zostawiając nas na krawędzi fotela, w niecierpliwym oczekiwaniu na ciąg dalszy. Komiks Sylvii Douye i Paoli Antisty z początku wyraźnie czerpał z czarodziejskiego dziedzictwa J. K. Rowling, jednak szybko okazał się być dziełem stojącym na własnych nogach. Z czytanych przeze mnie historii dla młodszych odbiorców, Czarolinę cechuje chyba najbardziej przemyślana intryga. Pytania mnożą się w czasie lektury, sprawiając, że szybko zapomina się, że jest to historia dla nastolatków. Rysunki Antisty ubarwiają świat magicznych stworzeń, godnie asystując wyobraźni Douye. I takie komiksy warto polecać. Choć są skierowane do dość określonej grupy odbiorców, żaden czytelnik nie powinien poczuć choćby cienia zażenowania. To dobitnie świadczy o wysokim kunszcie autorek, które bardzo poważnie traktują swego odbiorcę. Myślę, że możemy odwdzięczyć się im tym samym, ponownie odwiedzając bajeczną wyspę Vorn.  

Tytuł: Czarolina, tom 3 - Tajemnica mojego pochodzenia
Scenariusz: Sylvia Douye
Rysunki: Paola Antista
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 34,99 zł


Król Lew i 101 Dalmatyńczyków - Klasyczne baśnie Disney'a


Niezależnie od tego, czy macie dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat - na pewno na jakimś etapie dzieciństwa ulegliście czarowi klasycznych animacji Disney'a. Być może była to Mała SyrenkaPiękna i Bestia lub Pinokio. Chyba prawie każdy współczesny człowiek ma jakąś ulubioną baśń legendarnego studia filmowego. Właśnie teraz, dla ich pociech (oraz oczywiście ich samych) wydawnictwo Egmont przygotowało komiksową serię adaptacji klasycznych baśni Disney'a. Na pierwszy ogień idą absolutnie kultowe pozycje - Król Lew oraz 101 Dalmatyńczyków. Są to naturalnie historie, których treści nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba. Któż bowiem nie pamięta historii młodego lwa, podstępem wygnanego z własnego królestwa, wracającego po latach, aby odzyskać swe prawa do tronu? A któż nie zachwycał się pełną rodzicielskich uczuć opowieścią o pokaźnej gromadzie młodych dalmatyńczyków, porwanych celem produkcji futra dla pewnej, przepełnionej złem matrony?

Oparcie się porywającemu uczuciu nostalgii będzie w tym przypadku tym trudniejsze, ponieważ graficznie te komiksy oddają wiernie stylistykę pamiętnych produkcji. Artyści pracujący nad ilustracjami nieomal żywcem przenieśli na karty komiksu kadry z animacji. Rysunki są żywe, błyszczą kolorami i ani na chwilę nie pozwalają zapomnieć, że mamy do czynienia z ponadczasowymi historiami, przeznaczonymi dla czytelników w każdym wieku. Warto zauważyć, że to właśnie w tych opowieściach pojawiły się godne zapamiętania, kultowe już postacie złoczyńców, z których słyną animacje Disney'a. Podstępny Skaza i okrutna Cruella De Mon błyszczą w komiksach równie mocno jak ich pierwszoplanowi bohaterowie. Szczególnie Cruelli warto przyjrzeć się dokładniej, ponieważ już za kilka tygodni do kin trafi fabularna adaptacja jej burzliwych losów (Cruella). Dodatkową atrakcją wydań są bonusowe ilustracje zamieszczone na końcu każdego albumu oraz przegląd głównych postaci występujących w komiksie. Co tu pisać więcej? Komiksowe edycje Króla Lwa i 101 Dalmatyńczyków to niezbędne "musisz mieć" dla każdego zagorzałego fana animacji Disney'a.  W przygotowaniu jest już Zakochany kundel oraz Mulan - widać więc, że w tym temacie wciąż będzie bardzo ciekawie.

Tytuł: Klasyczne baśnie Disney'a - Król Lew, 101 Dalmatyńczyków
Scenariusz: Bobbi JG Weiss, Didier Le Bornec
Rysunki: Sparky Moore, Jose Ramon Bernado
Przekład: Mateusz Lis 
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 64
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł / tom


Wszystkie omówione powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.