sobota, 31 lipca 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 51 (Star Wars - The High Republic vol. 1, Mali Bogowie tom 2, Smerfy tom 28)

Kolejne wakacyjne wydanie działu przynosi nieco lżejsze tytuły, wszak słońce za oknem i wysoka temperatura nie zachęcają do wytężonego wysiłku umysłowego. Omawiam więc drugi tom prześmiesznych Małych Bogów oraz Smerfy, pisane przez następców nieodżałowanego ojca cyklu - Peyo. A wisienką na torcie tych atrakcji jest pierwszy zbiorczy tom komiksowej serii Star Wars - The High Republic, który jest tytułem godnym polecenia wszystkim sympatykom Gwiezdnych wojen. Zapraszam! :-)


Star Wars - The High Republic, vol. 1 - There is No Fear

Projekt Star Wars - The High Republic to nie tylko książki dla dzieci i dorosłych, ale również komiksy. Pierwszym z nich, który w zbiorczej formie trafia w ręce fanów jest Star Wars: The High Republic, vol. 1 - There is No Fear, autorstwa Cavana Scotta i Ario Anindito. Wypełnia on lukę pomiędzy książkami z pierwszej i drugiej fazy Light of the Jedi, opowiadając historię młodej Padawanki Keeve Trennis oraz jej Mistrza - Sskeera. No dobrze, ale o co w tym wszystkim chodzi? Akcja komiksu rozgrywa się na dwieście lat przed narodzinami Anakina Skywalkera, w czasach Wielkiej Republiki, kiedy Jedi byli jeszcze w sile, a nad wszystkim czuwała troskliwa kanclerz Lina Soh. Właśnie wtedy na granicach galaktyki powstała stacja kosmiczna zwana Latarnią Gwiezdny Blask, gdzie wyczuleni na Moc obrońcy galaktyki oferowali opiekę i wiedzę oddalonym od centrum wszechświata planetom. Akcja There is No Fear rozpoczyna się na planecie Shuraden, gdzie Keeve przechodzi swą próbę, mającą uczynić z niej pełnoprawną Rycerkę Jedi. To jednak tylko początek całej historii, ponieważ już w drugim rozdziale nasza bohaterka wraz ze Sskeerem oraz bliźniakami Kotabi - Ceretem i Terecem wyruszają tropem rozpaczliwego wołania o pomoc do systemu Kazlin. Na miejscu okazuje się, że wzywający ich statek został zaatakowany przez grupę Nihilów. Wchodząca na pokład grupa Jedi dokonuje jeszcze jednego, dość osobliwego odkrycia...

Scott w swym komiksie świetnie buduje akcję i napięcie, nie zapominając o bohaterach, którzy na własnych barkach dźwigają całą opowieść. Dostajemy tu więc wszystko, co dotąd polubiliśmy w The High Republic - przygodę, tajemnicę oraz dynamiczną akcję, a wszystko to gęsto skąpane w gwiezdnowojennym sosie. Komiksy z tej serii (podobnie jak książki) dają autorom możliwość swobodnego kreowania treści, bez oglądania się na ograniczenia wynikające z istniejących filmów. Dzięki temu mogą dać ponieść się swej wyobraźni, tworząc fabułę daleką od tej ze znanej nam galaktyki (oczywiście nie naruszając niezmiennych zasad oraz spójnej historii uniwersum). I wychodzi to serii na dobre, co widać choćby na przykładzie bohaterów, którzy mierzą się z wcześniej nieznanymi im zagrożeniami. Muszą znaleźć sposób nie tylko na własne słabości, ale także rozwiązać niejedną mroczną zagadkę. Jest to interesujące tym bardziej, ponieważ sam czytelnik do końca nie wie, jak wszystko ostatecznie się potoczy. Brutalni Nihile, roślino-podobne, mięsożerne Drengiry, świetlne bicze, bojowe rancory i chciwi Huttowie - w There is No Fear dostaniecie to wszystko, a nawet więcej! Wizji opowieści dopełnia kreska Anindito, który tworzy ilustracje typowe dla większości komiksów ukazujących się w USA. Jego styl jest realistyczny i łagodny, co tylko zwiększa czytelność historii i frajdę z czytania powyższego tomu. Cóż więcej dodać? Polecam!

Tytuł: Star Wars: The High Republic, vol. 1 - There is No Fear
Scenariusz: Cavan Scott
Rysunki: Ario Anindito
Wydawnictwo: Marvel
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 120
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 15,99 $


Mali Bogowie, tom 2 - Uparty Ikar

Mali Bogowie
kontratakują! Nie dalej jak półtora miesiąca temu (KzK - Wydanie 49) zachwycałem się pierwszym tomem serii Christophe Cazenove i Philippe Larbiera, a tu Egmont zdążył już wydać kolejny tom ich cyklu, zatytułowany Uparty Ikar. Co tym razem przygotowali dla nas twórcy? Ano, znów spotykamy nasze młodociane bóstwa (Tauruska, Atlasa, Afrodytę, Heraklesa, Odyseusza i innych), którzy co rusz wplątują się w zabawne, prawdziwie niedorzeczne tarapaty. Cazenove kontynuuje swą misję przybliżania świata mitów z kraju Sokratesa, nie tylko oswajając często niezbyt lubiany materiał edukacyjny, ale też dostrzegając śmieszność sytuacji w każdej, nawet najdrobniejszej kwestii. Umiejętność autora do połączenia tych elementów w zgrabną, często jednostronicową historyjkę z wyraźną puentą to prawdziwy skarb cyklu. Śmieszność Upartego Ikara wynika też ze wspaniałych rysunków Larbiera, który w bardzo przystępny, czy wręcz karykaturalny sposób portretuje postacie znane nam z mitów i legend. Nie sposób więc nie zachwycić się warstwą graficzną komiksu, spajającą w jedno dowcip oraz umiejętne przedstawienie świata starożytnego. A w tym ujęciu jest on nam znacznie bliższy niż (często) nudne materiały źródłowe.

Warto też zwrócić uwagę, że Uparty Ikar nie jest jedynie kolejną porcją rozbrajających żarcików z sympatycznymi bohaterami w rolach głównych. Stopniowo powiększa się też drugoplanowa obsada historii, a całe uniwersum staje się coraz bardziej zagospodarowane, często wiążąc ze sobą gagi (lub rozwijając je) na tle wcześniej opowiadanych historii. Jeśli lubicie humorystyczne serie dla czytelnika w każdym wieku, Mali Bogowie będą dla Was niezwykle cennym odkryciem. Autorzy doskonale rozumieją swe rzemiosło, oferując przednią zabawę formą i treścią, skupiając się na obszarze nieczęsto eksplorowanym przez popkulturę. Nie zapominajmy również, że to właśnie z mitów pochodzą archetypy dzisiejszych superbohaterów - a z tych komiks Cazenove i Larbiera obficie korzysta. I jeśli nie dla rysunków czy sympatycznych postaci, to choćby dla tych smaczków warto po niego sięgnąć. Lepszej okazji do śmiechu ze starożytnych szybko nie będzie. 

Tytuł: Mali Bogowie, tom 2 - Uparty Ikar
Scenariusz: Christophe Cazenove
Rysunki: Philippe Larbier
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 24,99 zł


Smerfy, tom 28 - Mama Smerfetka

Stali bywalcy i obserwatorzy bloga dobrze wiedzą jak bardzo lubię Smerfy. Bo to nie tylko komiks dla najmłodszych (jak wielu pragnie go uparcie postrzegać), ale też udana satyra na ludzką współczesność, wszelkie trendy i najróżniejsze przywary. Doskonałym przykładem tomików, które celnie komentują naszą rzeczywistość są Smerf Naczelnik, Smerfy na letnisku czy Z życia Smerfów. W ten nurt świetnie wpisuje się też właśnie wydana przez Egmont Mama Smerfetka. Komiks ten powstał ponad dekadę temu (już po śmierci niezapomnianego Peyo), za sprawą syna pomysłodawcy serii - Thierry'ego Culliforda oraz współpracującego z nim Alaina Josta. Jest jednak tak samo ponadczasowy, jak większość pozostałych tytułów ze smerfnego katalogu. Zatem raz jeszcze odwiedzamy wioskę niefrasobliwych niebieskich skrzatów, pozostających pod troskliwą opieką Papy Smerfa. Niby nuda i standard, ale co stanie się, jeśli Papa Smerf opuści osadę i na swoje miejsce wyznaczy skarżącą się na brak odpowiedniego uznania wśród męskiej braci Smerfetkę? Noo, będzie dość nietypowo i pewnie pouczająco, ale nie to jest w Mamie Smerfetce najważniejsze. Bo najbardziej istotna jest tu feministyczna osłona fabularnego przekazu, która nie tylko oddaje hołd kobiecości i zaradności przedstawicielek najpiękniejszej z płci, ale też pełna nienachalnego humoru prezentacja tematu w krzywym zwierciadle. 

Culliford i Jost bawią się więc tematem, z początku ukazując swą historię dokładnie tak, jakbyśmy mogli się tego po nich spodziewać. Przy okazji przemycają wiele celnych spostrzeżeń na temat kobiecej natury, ale wszystko zmienia się dość nieoczekiwanie gdzieś w połowie albumu. Do gry wchodzi wówczas druga linia fabularna, w której pierwsze skrzypce zaczyna odgrywać podstępny czarownik Gargamel, który przy odrobinie szczęścia schwytał pozostającego poza wioską Papę Smerfa. Ten pozornie nietrafiony zabieg zakłóca nieco rytm lektury, jednak jest kluczowy dla dalszego rozwoju opowieści oraz jej ogólnego przekazu. To z niego wypływa finał komiksu, który mimo wszystko wyłożony został płynnie i raczej nienachalnie. Za sprawą interesującego pomysłu i dobrego warsztatu scenarzystów Mama Smerfetka pokazuje, jak nieporadny w wielu sytuacjach pozostaje dumny, męski ród. Oddaje szacunek kobietom, które pomimo nieustannego wykonywania szeregu niedocenianych obowiązków, potrafią wykazać się nieszablonowym myśleniem, a odrobina zachęty (i motywacji) pozwala im na dokonanie rzeczy pozornie niemożliwych. Warto mieć również na uwadze, że ta pięknie, baśniowo zilustrowana przez Pascala Garray'a opowieść jest komiksem, w którym dorośli zwrócą uwagę na nieco inne kwestie niż najmłodsi. Przy czym i jedni i drudzy będą świetnie bawić się, śledząc losy przewodzącej chłopakom Smerfetki. Polecam więc wszystkim ten smerfny tom. Pokazuje on, że tytuł prowadzony po odejściu swego pomysłodawcy nadal może mieć się świetnie i pomimo wielu dekad na karku nadal przekazywać istotne treści. 

Tytuł: Smerfy, tom 28 - Mama Smerfetka
Scenariusz: Alain Jost, Thierry Culliford 
Rysunki: Pascal Garray
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Komiksy z cyklu Mali Bogowie i Smerfy znajdziecie na stronie wydawnictwa Egmont.


wtorek, 27 lipca 2021

Lego 71031 Minifigurki Marvela z Disney+

Choć w naszym pięknym kraju nad Wisłą wciąż oficjalnie nie można oglądać platformy streamingowej Disney+, Lego wraz z kompanią Myszki Miki atakuje światowe rynki, zapowiadając kolejną serię kolekcjonerskich minifigurek. Nowa seria będzie opierać się o produkcje Marvela dostępne na Disney+ w USA i zachodniej części Europy, a w jej skład wejdzie 12 postaci z seriali WandaVision (2021), Falcon i Zimowy Żołnierz (2021), Loki (2021) oraz What If...? (2021). Ten ostatni tytuł przedstawi alternatywne wersje kontinuum tego komiksowo-filmowego uniwersum. 


Trzeba przyznać, że Lego jak zawsze stanęło na wysokości zadania i większość figurek prezentuje się po prostu doskonale (ach, ten Kapitan Ameryka w wersji zombie!). Pewne minusy można jak zawsze wytłumaczyć polityką firmy do wielokrotnego wykorzystania wzorów swych produktów (pewnie dlatego krokodyl Loki nie ma swej charakterystycznej korony z rogami). Seria minifigurek pojawi się w sprzedaży 1 września b.r. Jej cena wyniesie 16,99 zł za sztukę, a kupić je będzie można w dobrych sklepach z Lego oraz na stronie Lego shop@home. A my cierpliwie czekamy na start Disney+ w Polsce... 







wtorek, 20 lipca 2021

RECENZJA: Star Wars: Race to Crashpoint Tower (The High Republic) - Daniel Jose Older


W serii Star Wars - The High Republic ukazują się trzy rodzaje książek. Są wśród nich powieści dla dorosłych (Light od the Jedi), młodzieży (Into the Dark) oraz starszych dzieci (A Test of Courage). Choć z założenia wydawcy bez większych problemów można czytać je osobno, poznanie wszystkich układa się w pełniejszą, rozpisaną na wiele elementów historię. Ta kwestia sprawdza się w szczególności w przypadku najnowszej publikacji z cyklu - Race to Crashpoint Tower, autorstwa Daniela Jose Oldera. Jest ona bowiem swoistą historią w historii, rozgrywającą się jednocześnie w czasie wydarzeń ukazanych w powieści The Rising Storm Cavana Scotta (link do recenzji poniżej). To właśnie tu poznajemy dokładniej losy młodego Padawana Jedi - Rama Jomarama, odkrywającego dywersyjne działania Nihilów, mające na celu zakłócenie oraz destrukcję Festiwalu Republiki na planecie Valo. 

Ram jest dość nietypowym uczniem Jedi. Zamiast ćwiczyć walkę, zgłębiać sekrety Mocy lub studiować starożytne teksty zakonu, nastoletni chłopak woli spędzać czas w niewielkim garażu na tyłach powstającej w Lonisa City świątyni Jedi. Tam oddaje się swej pasji konstruowania, przez którą w nietypowy sposób zbliża się do zrozumienia dyrektyw wymaganych przez swego Mistrza. Żaden pojazd, gadżet czy układ scalony droida nie jest mu obcy. W ulubionej pracy pomaga mu grupa niewielkich, podobnych do gremlinów stworzeń, zwanych bonbraksami. Zbliża się Festiwal Republiki, a za sprawą sprytnego wybiegu Ram ma więcej czasu tylko dla siebie - reszta Jedi uczestniczy w pracochłonnych przygotowaniach do uroczystości. Wszystko zmienia się z chwilą, gdy do garażu Rama wpada podekscytowany droid V-18 z wiadomością o zakłóceniach na wieży komunikacyjnej poza miastem. Jak się okazuje, za uszkodzenie systemu komunikacji odpowiada grupa Nihili, z którą młody Padawan zmuszony będzie wkrótce stanąć oko w oko.


Tak zaczyna się wielka przygoda, która jest swoistym uzupełnieniem (oraz rozszerzeniem) wydarzeń opisanych przez Scotta. Race to Crashpoint Tower z początku dzieli się na dwie niezależne linie fabularne. Ta pierwsza opowiada o odkryciu Rama, druga koncentruje się na młodej Padawance Luli Talisoli, która wraz z Jedi Vernestrą Rwoh oraz wrażliwą na Moc Zeen Mikian powraca na planetę Trymant IV. Misja dziewczyn ma polegać na zdobyciu informacji o kolejnych celach Nihilów. Na skutek pewnych perturbacji, przewrotny los kieruje je na Valo. Trafiają tam dokładnie w chwili, gdy planetą wstrząsa atak prowadzony przez Pana Eytę. Muszę przyznać, że pomimo początkowego spokoju z jakim podchodziłem do lektury Race to Crashpoint Tower, książka zrobiła na mnie jeszcze lepsze wrażenie niż jej poprzedni odpowiednik (autorstwa Justiny Ireland). W powieści Oldera dzieje się tak dużo i szybko, że nie byłem w stanie nudzić się ani przez chwilę. A że jest to książka przeznaczona dla młodszego odbiorcy, na pewne dłużyzny czy fabularne spowolnienia zwyczajnie nie ma tu miejsca.

Older potrafi uchwycić kwintesencję dobrej przygody i otoczyć wszystko gwiezdnowojennym klimatem, nie zapominając przy tym o ważnej nauce dla odbiorcy. Oczywiście, w naturalny sposób wypływa ona z działań bohaterów. Zarówno Ram jak i Lula muszą wyjść poza swoją strefę komfortu, stając twarzą w twarz z kwestiami, które jak dotąd wydawały się im bardzo odległe, lub zwyczajnie przerastają ich najśmielsze oczekiwania. Warto sprawdzić w jaki sposób uda im się osiągnąć cel. Kilku humorystycznych scen także nie zabraknie! Choć przed lekturą Race to Crashpoint Tower dobrze jest poznać wcześniejsze przygody Luli i Zeen (komiks Star Wars: The High Republic Adventures, vol. 1), wszystko co potrzebne do przyswojenia akcji znajduje się na kartach książki. Warto też odnotować, że jeśli polubiliście postać Ty Yorrick z The Rising Storm, tu znajdziecie jeszcze więcej akcji ze swoją bohaterką. Czy są jakieś minusy powieści Oldera? Być może jeden - Padawanom zbyt wiele rzeczy udaje się bez odniesienia żadnych ran czy większych szkód na zdrowiu. Trochę naciągane, lecz jestem gotów przymknąć na to oko, ponieważ w tym wypadku mamy do czynienia z książką dla dzieci. A przecież nie chcemy aby młode pokolenie uznało Gwiezdne wojny za zbyt drastyczne i zraziło się do nich na przyszłość, prawda? ;-)




Tytuł: Star Wars: Race to Crashpoint Tower (The High Republic)
Autor: Daniel Jose Older
Wydawnictwo: Lucasfilm Press
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 202
Oprawa: twarda 
Cena okładkowa: 14,99 $


The High Republic - moje recenzje i proponowana kolejność czytania:

Star Wars: The High Republic Adventures, vol. 1 - Daniel Jose Older, Harvey Tolibao (recenzja wkrótce)
Race to Crashpoint Tower - Daniel Jose Older 
Out of the Shadows - Justina Ireland (recenzja wkrótce)
Edge of Balance, vol. 1 - Shima Shinya, Justina Ireland, Mizuki Sakakibara (recenzja wkrótce)

sobota, 17 lipca 2021

Interaktywna rozgrywka po latach, czyli Kosmiczny mecz: Nowa era (2021)


Ćwierć wieku temu Kosmiczny mecz ostro pozamiatał w filmowym showbiznesie, po dziś dzień pozostając produkcją wspominaną z wielką nostalgią przez obecnych trzydziesto- i czterdziestolatków. I w sumie nic dziwnego, ponieważ poza dość niecodzienną formułą okazał się on typową, nastawioną na świetne widowisko wizytówką popcornowego kina lat 90. Przez ostatnie lata co jakiś czas wypływał temat kontynuacji hitu z Michaelem Jordanem i Królikiem Bugsem w rolach głównych, jednak dopiero w tym roku doczekaliśmy się faktycznego powrotu Tune Składu, wspieranego przez obecną gwiazdę koszykówki NBA - LeBrona Jamesa. Czy warto było po raz kolejny (i po tak długim czasie) wchodzić do tej samej rzeki? Czy formuła bohaterów kreskówek Looney Tunes grających w kosza nie wyczerpała się dwadzieścia pięć lat temu? Co w tym temacie można mieć do powiedzenia obecnemu pokoleniu nastolatków? Jak się okazuje: warto; nie wyczerpała się; a powiedzieć można nadal całkiem sporo. Trzeba tylko wiedzieć jak ugryźć temat. A to akurat twórcy Kosmicznego meczu: Nowej ery umieli zrobić całkiem zgrabnie.  

Malcolm D. Lee w swym filmie bierze na tapetę temat stary jak świat, czyli odwieczny konflikt pokoleń. Wątek ojca, który chce jak najlepiej dla swego dzieciaka, jednocześnie nie pozwalając mu podążać za własnymi marzeniami, był wałkowany w kinie i literaturze nieskończoną ilość razy. Co więc zrobić, aby ukryć męczący dydaktyzm, jednocześnie starając się dotrzeć do młodego widza, zainteresowanego komórką i ukrytymi w niej aplikacjami? To proste - trzeba wykorzystać ten element kreatywnie, zawiązując z jego pomocą fabułę opowieści! A żeby nie było nudno, dodać do tego sos przyrządzony z największych hitów wytwórni filmowej, która wyprodukuje film. Tak też zrobili twórcy Kosmicznego meczu: Nowej ery. Zadanie było karkołomne i jak pokazywały pierwsze zwiastuny, raczej nie wróżyło sukcesu. Na szczęście pierwsze wrażenie okazało się mylne i dostaliśmy film, który moim zdaniem pod kilkoma względami jest nawet lepszy od swego poprzednika.


Syn LeBrona Jamesa zostaje wchłonięty przez sztuczną inteligencję serwerów studia Warner Bros., która zmusza koszykarza do rozegrania karkołomnego meczu koszykówki w odrealnionej rzeczywistości. Aby odzyskać syna i wydostać się z wirtualnej pułapki, LeBron musi zebrać własną drużynę, z którą przystąpi do gry. I tu na scenę wchodzi Królik Bugs i spółka, którzy w charakterystyczny dla siebie sposób przejmują kontrolę nad wielkim ekranem. Trzeba przyznać, że Lee rozumie i czuje charakter tych postaci (oraz ich zakręconego świata), dając popis możliwości animków praktycznie przez cały czas trwania produkcji. Najlepiej jednak wypadają sceny, gdzie klasycznie animowany LeBron wraz z Bugsem poszukują po światach Warnera zaginionych członków Looney Tunes. To właśnie tu pojawia się wątek zapożyczania światów z licencji wytwórni, który okazuje się być kopalnią całkiem udanych żartów i nawiązań. Co jednak najważniejsze - współgra on z opowiadaną historią, wzbogacając ją i często wpływając na jej kształt. Zabawa w wyłapywanie smaczków jest przednia, a rozpoznawanie znanych postaci osiąga wyżyny w czasie tytułowej potyczki, gdzie na trybunach pojawia się cała masa postaci z superprodukcji Warnera. Widać tu wyraźnie inspirację z Lego Przygoda (2014) i Lego Przygoda 2 (2019). Jak się wzorować, to tylko na najlepszych!

Element cybernetyczno-interaktywny jest silną stroną Kosmicznego meczu: Nowej ery. Twórcy wiedzieli, że dzisiejszym dzieciakom trzeba zaserwować coś, co sprawi, że poczują się w tej historii jak u siebie w domu. Oparcie świata filmu na przestrzeni nazwanej Serververse oraz rozgrywki koszykówki wykorzystującej rozwiązania z gier komputerowych było przemyślanym i mądrym posunięciem. Dzięki temu obraz nie jest bezmyślną kopią swego pierwowzoru, ale też świadomie bawi się formą i kształtem opowieści. Dynamika fabuły jest świetnie wyważona, w czym pomaga charakter bohaterów Looney Tunes oraz sam LeBron James. Jak się okazuje, słynny koszykarz posiada odrobinę talentu aktorskiego (nie pozwalającego mu być typowo drewnianą postacią) oraz wiele dystansu do siebie, czego przykładem jest co druga scena w Serververse. Wcielający się w podstępnego Al G. Rhythma (bardzo trafiona ksywka!) Don Cheadle także fajnie bawi się swoją rolą, czasem krocząc na granicy przesady, ale szczęśliwie nie stając się swą własną parodią. 

Kosmiczny mecz: Nowa era okazał się być niezwykle udanym filmem. Bawi i zaskakuje kreatywnością wykorzystania świata wytwórni, dając popis samoświadomej zabawy formą. Ponadto rozszerza pomysł sprzed lat, ukazując go w bardzo aktualny dla dzisiejszego widza sposób. W odróżnieniu od nieudanego Toma i Jerry (2021) daje radę połączyć świat animowany, rzeczywisty i interaktywny, bez odczucia zażenowania czy niepotrzebnych zgrzytów. To świetne kino familijne, prezentujące słuszny morał, ale co ważniejsze - znów przywracające czar postaci z kultowych kreskówek Looney Tunes. Fani Bugsa, Daffy'ego, Sylvestra i reszty tej wesołej bandy będą się świetnie bawić, nie martwiąc o odebranie godności swym ulubieńcom. Produkcja Lee jest naprawdę sympatyczną superprodukcją, która zadowoli większość wielbicieli letniego kina blockbusterowego. Niczego więcej nie powinniśmy od niej wymagać.



Tytuł: Kosmiczny mecz: Nowa era (Space Jam: A New Legacy)
Scenariusz: Juel Taylor, Tony Rettenmaier, Keenan Coogler
Reżyseria: Malcolm D. Lee
Obsada: LeBron James, Bugs Bunny, Don Cheadle, Daffy Duck, Lola Bunny, Cedric Joe, Porky Pig, Sylvester the Cat, Sonequa Martin-Green, Tweety, Granny, Yosemite Sam i inni
Wytwórnia: Warner Bros./Warner Bros. Animation 
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 16 lipca 2021 (Polska), 16 lipca 2021 (USA)
Czas trwania: 115 min.

środa, 14 lipca 2021

RECENZJA: Star Wars: The Rising Storm (The High Republic) - Cavan Scott


Pół roku temu zachwycałem się startem nowej serii wydawniczej Star Wars - The High Republic. Celem inicjatywy jest ukazanie losów odległej galaktyki na dwieście lat przed narodzinami Anakina Skywalkera. Odcinając się od zwyczajowej narracji filmowej, grupa autorów skupia swą twórczość w obrębie mediów książkowych oraz komiksowych. Pierwsza fala Wielkiej Republiki (tak brzmi rodzime tłumaczenie tytułu) nosi nazwę Light of The Jedi i w chwili obecnej na zachodnim rynku zaczynają pojawiać się wydania z jej drugiego etapu. Pierwszą książką jaką otrzymujemy do rąk, jest The Rising Storm autorstwa Cavana Scotta. To bezpośrednia kontynuacja historii rozpoczętej przez Charlesa Soule'a w Light of the Jedi (lista recenzji głównych pozycji z cyklu znajduje się poniżej), będąca jednocześnie pozycją skierowaną dla dorosłego odbiorcy. Wygląda na to, że moja ekscytacja pierwszymi tomami serii była w pełni uzasadniona, ponieważ znów otrzymałem opowieść, która w wielu aspektach spełniła pokładane w niej oczekiwania. 

Nieoczekiwane starcie z Nihilami, zwieńczone bitwą w systemie Kur było tylko początkiem kłopotów, jakie los ściągnął na celebrującą otwarcie nowej bazy Jedi Republikę. Choć niebezpieczni antagoniści zostali pokonani, ich lider - złowrogi Marchion Ro, nadal szykuje dla kanclerz Liny Soh oraz znienawidzonych przez niego rycerzy Jedi serię przykrych niespodzianek. Oko Nihilów wybiera się więc z tajną misją na planetę Rystan. Poszukuje tam czegoś, co według pradawnych zapisków pomoże mu zyskać odpowiednią moc do zrealizowania swych celów. Tymczasem na planecie Valo odbywa się zaplanowany przez kanclerz Festiwal Republiki, który ma na celu zjednanie mieszkańców planet galaktyki. Wśród uczestników wydarzenia nie może oczywiście zabraknąć Jedi, których rola w rozwoju sojuszy Liny Soh jest wciąż nie do przecenienia. Wśród rycerzy zmierzających na uroczystość znajduje się dręczony potwornymi wizjami Mocy Elzar Mann, jego wielki przyjaciel - Mistrz Stellan Gios oraz młody Padawan - Bell Zettifar, wciąż wierzący, że jego zaginiony Mistrz Loden nie zginął podczas swej ostatniej misji.  

Scott nie bawi się w przydługie wstępy, zaczynając The Rising Storm niespełna rok po wydarzeniach przedstawionych w powieści Soule'a. Nawiązuje jednak bezpośrednio do nich, tworząc zgrabny ciąg przyczynowo-skutkowy. Śladami swego kolegi po fachu (albo odgórnymi ustaleniami serii), autor układa fabułę w iście epicki sposób, ukazując czytelnikowi tak dużo postaci jak tylko się da, a także osadzając wydarzenia w wielu różnorodnych miejscach. Centrum naszego zainteresowania pozostaje jednak Festiwal Republiki, który pochłania lwią część akcji powieści. To właśnie tu dochodzi do niespodziewanego ataku Nihilów, którzy za sprawą animozji pomiędzy Panem Eytą, a Marchionem Ro postanawiają raz jeszcze pokazać świętującej Republice potęgę swych sił. Atak gwiezdnych piratów rozgrywa się bezpośrednio nad planetą oraz na jej powierzchni, tymczasem autor dwoi się i troi, aby tę część fabuły uczynić tak angażującą, jak tylko się da. Czytelnicy nie przywykli do tak potężnego nagromadzenia akcji, porażającej ilości postaci oraz dynamicznych zwrotów akcji z pewnością poczują się nieco przytłoczeni, mi jednak takie ukazanie zmagań dobra i zła bardzo przypadło do gustu.


Już we wcześniejszych recenzjach wspominałem jak ciekawie w The High Republic napisani zostali Nihilowie. Za sprawą ogólnego pomysłu na tę bezwzględną zgraję oraz indywidualnego kształtu ich poczynań muszę znów zaznaczyć, że rozdziały im poświęcone czyta się z nie mniejszą ciekawością jak te dotyczące samych Jedi. Marchion Ro jest postacią umiejącą zmieniać swe podłe plany w zależności od sytuacji, a trójka jego najbliższych popleczników (Lourna Dee, Pan Eyta oraz Zeetar) stale dąży do  obalenia swego wodza i przejęcia pałeczki po jego schedzie. To oczywiście wywołuje lawinę zdarzeń, których finałem jest atak na Festiwal Republiki. Warto zauważyć, że Nihilowie uosabiają popkulturowy mit piratów w cyklu (a przecież Gwiezdne wojny to tak naprawdę nieustający festyn inspiracji), do czego warto odnieść się w kontekście morskich potworów, które kapitanowie pirackich statków mieli często na swoje wezwanie. Idąc tym tropem, Ro także poszukuje swego krakena, wierząc w szybkie i konkretne osiągnięcie celów. Podłe knowania, nieprzewidywalność członków gangu i oczywista bezwzględność - to cechy, za które polubiłem tę podłą, niezważającą na konsekwencje bandę.

Scott w The Rising Storm ani przez chwilę nie zapomina o odpowiednim budowaniu świata, pokazując nam kształt republiki pozbawiony obciążeń obecnych w kanonicznym układzie filmów. Dzięki osadzeniu akcji powieści na dwieście lat wstecz, może on wyposażyć uniwersum w części składowe, które pod wieloma względami różnią się od tych znanych z wielkiego (lub małego) ekranu. Autor nie zapomina w tym wszystkim o kwestiach politycznych oraz społecznych, oblekając liczne zwroty akcji w czytelne informacje, tworzące wiarygodny i zrozumiały rys galaktyki. Na tym tle świetnie interesująco uwydatnia się rola Jedi i ich obraz, często bardzo różny od tego znanego z innych produkcji. Nie będę pierwszą osobą, która twierdzi, że gdyby Anakin urodził się w erze Wielkiej Republiki, nigdy nie przeszedłby na ciemną stronę Mocy. To jak w tych czasach Jedi postrzegają Moc oraz wzajemne stosunki (wynikające z interpretacji dogmatów zakonu), czyni ich lepszymi obrońcami światła, niż pozbawionych współczucia i wiecznie wycofanych rycerzy z Mrocznego widma czy Ataku klonów. Jedi z The High Republic czasem popełniają karygodne błędy, ale są gotowi poświęcić czas na naukę, która ponownie skieruje ich na właściwe tory. Co więc doprowadzi ich do upadku? To jedno z głównych założeń cyklu, jednak na tę odpowiedź przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

The Rising Storm to rewelacyjna książka, która ani przez chwilę nie zwalnia tempa, stopniując napięcie i budując wydarzenia aż do potężnej eksplozji, która wybucha w gdzieś w pierwszej połowie książki i nie gaśnie aż do jej ostatnich stron. Scott zadbał, aby czytelnik nie nudził się podczas lektury ani przez chwilę, angażując go w niezwykłe wydarzenia, jak i losy lubianych postaci. Z pewnością każdy kto czytał już kilka książek z cyklu, ma swoich ulubieńców, których przygody śledzi z zapartym tchem. Jednym z moich faworytów jest młody Bell, który wraz z suczką Ember sięga na wyżyny swych możliwości, robiąc co tylko się da, aby uratować odwiedzających festiwal przed pożogą rozpętaną przez Nihilów. Powieść Scotta daje nam nowe niebezpieczeństwa i tajemnice, które okażą się zgubą lub wybawieniem bohaterów, a także znane i lubiane, oraz pojawiające się po raz pierwszy postacie (ze szczególnym uwzględnieniem najemniczki Ty Yorrick). Wszystkie te elementy sprawiają, że lektura The Rising Storm staje się rozrywką czystej próby. Jest napisana dokładnie tak, jak oczekiwałbym tego po awanturniczej historii z odległej galaktyki. Często miarą wartości książki jest jej zakończenie i tu również autor postarał się, aby czas oczekiwania na kolejny tom mijał nam w wielkiej niecierpliwości. The High Republic jest jeszcze dalekie od zakończenia, i tylko jego twórcy wiedzą jak potoczą się losy Jedi i Republiki. Warto śledzić te wydarzenia, bo jak widać z tego co ukazało się dotychczas, będzie to cykl, który ma szansę na nowo zdefiniować Gwiezdne wojny. O niczym innym nie mógłbym bardziej marzyć. 



Tytuł: Star Wars: The Rising Storm (The High Republic)
Autor: Cavan Scott
Wydawnictwo: Del Rey
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 448
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena okładkowa: 28,99 $


The High Republic - moje recenzje i proponowana kolejność czytania:

There Is No Fear - Cavan Scott, Ario Anindito (recenzja wkrótce)
Star Wars: The High Republic Adventures, vol. 1 - Daniel Jose Older, Harvey Tolibao (recenzja wkrótce)
The Rising Storm - Cavan Scott
Race to Crashpoint Tower - Daniel Jose Older (recenzja wkrótce)
Out of the Shadows - Justina Ireland (recenzja wkrótce)
Edge of Balance, vol. 1 - Shima Shinya, Justina Ireland, Mizuki Sakakibara (recenzja wkrótce)

sobota, 10 lipca 2021

Czarna Wdowa (2021), czyli wartości rodzinne w widowiskowym filmie akcji Marvela


Czternaście miesięcy zmuszeni byliśmy czekać na premierę Czarnej Wdowy w kinach, a dodatkowo ten wydłużony okres bez wielkoekranowych emocji z produkcjami Marvela można uznać za czas, kiedy wszyscy porządnie zatęskniliśmy za filmowym, superbohaterskim uniwersum. Na szczęście możemy już otrzeć łzy -  Natasha Romanoff powraca, aby opowiedzieć swą ostatnią historię, rozgrywającą się bezpośrednio po wydarzeniach ukazanych w filmie Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów. Jeśli lubicie niezobowiązujące kino szpiegowskie z masą dynamicznej akcji, obraz wyreżyserowany przez Cate Shortland nie zawiedzie Was ani przez chwilę. To widowiskowa superprodukcja, stawiająca kolejną cegiełkę w tak lubianym, komiksowo-filmowym świecie.

Czarna Wdowa to tak naprawdę historia dwóch kobiet, które były wychowywane przez krótki czas jako siostry, po czym wbrew swej woli zostały wcielone do tajnego programu tworzenia grupy śmiertelnie skutecznych agentek. Ich drogi krzyżują się po latach w dość nieoczekiwanym momencie, odsłaniając tajemnicę, która nie tylko zniszczyła ich życie, ale też stanowi zagrożenie dla innych, niewinnych kobiet z całego świata. Natasha i Yelena nie mają wyjścia - muszą skontaktować się z dwójką ludzi, którzy niegdyś pełnili funkcję ich rodziny i zmierzyć się z demonami przeszłości. Film Shortland odpowiada na wszystkie pytania dotyczące Czarnej Wdowy, które mogliśmy zadawać sobie przez te wszystkie lata, siedząc na sali kinowej podczas seansów z MCU. Co zdarzyło się w Budapeszcie? Jak wyglądało dzieciństwo Natashy? Co działo się w jej życiu podczas tajnych misji, w których brała udział?

Produkcja ta, jak każda klasyczna forma fabularna dzieli się na trzy akty. Pierwszy stanowi swoistą próbę podniesienia poprzeczki poprzez zaprezentowanie dość intensywnego thrillera szpiegowskiego. Czegoś takiego jeszcze w MCU nie oglądaliśmy. Klimat zmienia się znacząco w drugiej części, która stanowi pomost pomiędzy dynamicznym, klasycznie wybuchowym aktem trzecim. Ten środkowy filar pozwala na dłuższą chwilę wytchnienia od ciągłych scen akcji, pokazując mniej dynamiczną, ale też bardziej przyziemną stronę widowiska. Złożono to wszystko dość dziwnie, ale jak się sam przekonałem, jakimś cudem trzyma się kupy. W połowie filmu mocno wybrzmiewają emocje ubrane w stroje odwiecznych wartości rodzinnych, z nieodłącznym humorem i typowym dla kina popcornowego wejrzeniem w wewnętrzne życie postaci. Warto też wspomnieć o samoświadomym żarcie ze sposobu walki Natashy. Choć dowcip w całym filmie powtórzono aż trzykrotnie, bawił mnie tak samo za każdym razem. 


Najlepiej (oprócz scen akcji) wypada w Czarnej Wdowie relacja Natashy i nieco młodszej Yeleny. Ich związek napędza większość wydarzeń w filmie, przy okazji wywołując nienachalne rozważania o sensie rodziny, nawet jeśli jest ona udawana i stanowi część akcji, w którą obie dziewczynki zostały wplątane wbrew swej woli (a nawet świadomości). W tym rodzinnym sosie interesująco prezentuje się także niejaki Red Guardian, niegdysiejszy bohater Związku Radzieckiego, mający małą obsesję na punkcie Kapitana Ameryki. Postać ta stanowi oczywisty akcent komediowy filmu, choć siła jej impaktu zależeć będzie od indywidualnego podejścia widza (domyślam się, że niektórych może zrazić nachalność komediowych scen z Alexiejem). Czarna Wdowa oferuje też pewien interesujący zwrot akcji, podnoszący poprzeczkę filmu, czyniąc go znaczniej angażującym (w sumie nic przełomowego, ale wypadło bardzo ciekawie). Niestety, główny antagonista kolejny raz jest papierowy i sztuczny (zły i groźny, bo... zły i groźny), choć jego poczynania pomagają osadzić historię i uzasadnić walkę (a także rozterki) Natashy. Umiejący naśladować sposób walki swych przeciwników Taskmaster to również klasyczny, uzbrojony przeciwnik. Na szczęście w trzecim akcie jego status quo zyskuje intrygujące, nowe znaczenie. W filmie Shortland znajdziemy kilka łatwo dostrzegalnych dziur fabularnych, jednak nie wykraczają one poza standardy ustanowione przez wakacyjne blockbustery.

Pomimo oczywistych plusów i minusów mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że warto było tak długo czekać na Czarną Wdowę. W żadnym wypadku nie jest to jeden z moich ulubionych filmów Marvela, ale dzięki nieźle opowiedzianej (i zrealizowanej) historii bawiłem się na nim całkiem nieźle. Twórcom udało się również godnie pożegnać drugoplanową bohaterkę uniwersum, wypełniając puste kartki jej interesującej przeszłości. Sceny akcji nie wykraczały poza poziom, do którego przyzwyczaiło nas letnie kino rozrywkowe, a bohaterowie popychali akcję do przodu w stopniu równym co sama fabuła. Generalnie obraz otwierający nową fazę Marvela ma w sobie wszystko za co polubiliśmy wcześniejsze odsłony tego uniwersum - wartką akcję, szczyptę humoru, angażującą opowieść oraz godne zapamiętania postacie. Dla fanów kolejny punkt na liście obowiązkowych premier, dla niezorientowanych niezłe widowisko sensacyjne. Czarna Wdowa spełniła powierzone jej zadanie.
 


Tytuł: Czarna Wdowa (Black Widow)
Scenariusz: Eric Pearson
Reżyseria: Cate Shortland
Obsada: Scarlett Johansson, Florence Pugh, Rachel Weisz, David Harbour, O-T Fagbenle, William Hurt, Ray Winstone, Olivier Richters i inni
Wytwórnia: Marvel Studios/Walt Disney Company 
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 9 lipca 2021 (Polska), 9 lipca 2021 (USA)
Czas trwania: 133 min.