piątek, 29 października 2021

Poroże (2021), czyli połowicznie wynagrodzone oczekiwanie na historię grozy


Nieustająca pandemia mocno zmieniła nasze życie i przyzwyczajenia. W świecie popkultury jej działania znacznie odczuła branża filmowa, która zmuszona była do przesunięcia wielu interesujących premier. Tak było również w przypadku produkcji Poroże, na którą (od pierwotnie wyznaczonej daty kinowego debiutu) przyszło nam czekać aż półtora roku. Na szczęście nadeszło tegoroczne Halloween, będące świetną okazją, aby popatrzeć na wielkim ekranie na usiłujące nas straszyć historie. Jesienny klimat jest wprost idealny do snucia opowieści grozy, szczególnie takich, na które dość mocno czekaliśmy. W filmie w reżyserii Scotta Coopera przenosimy się do pochmurnego, targanego jesiennym klimatem stanu Oregon. To tu poznajemy młodą nauczycielkę miejscowej szkoły, której uwagę zwraca pewien cichy, zabiedzony uczeń. Podejrzewając kłopoty w rodzinnym domu dzieciaka, kobieta postanawia czynnie zainteresować się jego sytuacją. Niepokojące rysunki, jakie tworzy Lucas oraz empatyczne uczucie troski zaprowadzi Julię do wrót koszmaru, który może zagrozić innym mieszkańcom miasteczka.

Poroże bazuje na opowiadaniu The Quiet Boy autorstwa Nicka Antoscy. Nie miałem niestety okazji poznać literackiego pierwowzoru, więc w ocenie całokształtu filmu muszę zdać się jedynie na to, co pokazano mi na wielkim ekranie. A to co zobaczyłem, wywołało dość mieszane odczucia. Z jednej strony obraz udaje się twórcom jako straszna opowieść pod względem pomysłu na historię i realizacji kluczowych, zdominowanych przez grozę scen. Z drugiej zawodzi pod względem realizacji fabularnej, pokazując efekt niedbałego montażu, przy którym cała opowieść straciła na swej sile. Choć treść Poroża nie należy do najbardziej skomplikowanych, jest tu wiele scen, w których widz gubi się w trakcie śledzenia poczynań bohaterów. I pomijam tu głupotki scenariusza polegające na dobrowolnym pchaniu się poszczególnych postaci w objęcia zagrożenia - tych jest tu wręcz cała masa. Większy problem stanowi umiejscowienie akcji poszczególnych scen. Często dłuższą chwilę musimy zastanawiać się gdzie akurat przebywamy, lub kto co zrobił. A to skutecznie wybija z filmu. Niektóre sceny mające oczywiste znaczenie przyczynowo-skutkowe także sprawiają wrażenie źle skomponowanych w postprodukcji.  


Na szczęście element grozy udał się w Porożu całkiem nieźle. Historia wykorzystuje mit istoty o nazwie Wendigo, często występującej w mitologii Indian z plemion Algonkinów. Świetnie wypadają wszelkie sceny związane z pojawieniem się, oraz działaniami owego stworzenia. Dużo dobrych, praktycznych efektów, posiłkowanych kilkoma ujęciami z komputera oferuje niezłą zabawę. Trochę gore, udane jumpscare'y, wyraźnie utrzymujące się napięcie - pod tym względem produkcja spełnia swe zadanie na piątkę. Fajnie działa też adaptacja legendy na potrzeby śledzonej historii. Być w większej części to akurat zasługa treści opowiadania, ale ważne że spełnia swoją funkcję. Nieźle wybrzmiewa motyw zaangażowania głównej bohaterki w domniemane złe traktowanie chłopca. Jako ofiara przemocy domowej w dzieciństwie, Julia ma wszelkie powody, aby próbować zapobiec kolejnej tragedii. W Porożu doświadczymy sporej ilości przedłużanych scen, w założeniu służących podbudowaniu klimatu opowieści. Częściowo faktycznie budują napięcie, lecz jest tu też kilka takich, które zwyczajnie nudzą widza swoją nijakością.

Obraz Coopera to film, który wynagrodził moje długie oczekiwanie połowicznie. Oferuje nowe spojrzenie na świetną legendę, fascynując i strasząc tam gdzie powinien. Tymczasem pod względem spójności scen tworzących całą historię, powoduje lekki chaos, nie pozwalający w pełni zachwycić się dziełem. Poroże nie jest filmem, który przejdzie do klasyki gatunku, ponieważ zbyt wiele w nim błędów rzeczowych i powtarzalności. Jeśli jednak szukacie tytułu niezobowiązującego, idealnie wpasowującego się w październikową celebrację grozy, możecie sprawdzić jak podejdzie Wam ta wizja. Na pewno trochę wystraszy, częściowo zafascynuje, ale ostatecznie dość szybko uleci z pamięci, tak jak większość strasznych historii, tworzonych na podobną modłę. Czy zatem warto było czekać na Poroże? Raczej nie, ale skoro już jest w kinach, można na to rzucić okiem. Albo nawet dwoma.   


Tytuł: Poroże (Antlers)
Scenariusz: Henry Chaisson, Nick Antosca, Scott Cooper
Reżyseria: Scott Cooper
Obsada: Keri Russell, Jeremy T. Thomas, Scott Haze, Jesse Plemons, Graham Greene, Amy Madigan, Rory Cochrane, Cody Davis, Sawyer Jones i inni
Wytwórnia: 20th Century Fox 
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 29 października 2021 (Polska), 28 października (USA)
Czas trwania: 99 min.

sobota, 23 października 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 56 (Emilka Sza, Star Wars: The High Republic - The Edge of Balance vol. 1, Historia wyssana z sopla lodu)

W dzisiejszym wydaniu opisuję trzy nowo wydane komiksy. Pierwszy należy do grona bardzo wyczekiwanych przeze mnie tytułów, drugi jest kolejną częścią świetnego cyklu ze świata odległej galaktyki, a trzeci to prawdziwy powrót do czasów dzieciństwa... Jesteście ciekawi o co chodzi? Zapraszam do lektury! :-)


Emilka Sza - Jak wiele to nic?

Oj, długo przyszło nam czekać na albumowe wydanie przygód Emilki, długo... Z przesympatyczną serią Magdy "Meago" Kani i Maćka Kura spotkałem się po raz pierwszy kilka ładnych lat temu na stronie autorki (Meagolicious.com) i przyznam, że było to zauroczenie od pierwszego spojrzenia. Moje upodobanie do cyklu umocniło się podczas spotkania z autorami podczas warszawskiej wystawy Bez słów, ze smakiem, zorganizowanej w Centrum Popkultury Yatta w sierpniu 2018 roku. Od tamtego czasu nieustannie wypatrywałem premiery pełnometrażowego albumu o przygodach Emilki Sza. No dobrze, ale ktoś nieobeznany z tematem mógłby teraz zapytać - kim do licha jest ta cała Emilka? Już tłumaczę. Emilka to genetyczny mim. Jej skóra jest naturalnie biała, nie potrafi mówić, a na świat przyszła w szpitalu, który widziała tylko ona sama. Co ciekawe, wierzy wyłącznie w te rzeczy, które sama może zobaczyć. Jak możecie się już domyślić, Emilka ze światem porozumiewa się wyłącznie za sprawą pantomimy. Oczywiście, taki sposób komunikacji może być źródłem wielu udanych, przepełnionych slapstickiem żartów. Jest tak w istocie, a potężną porcję historii polanej pantomimicznym sosem otrzymujemy wreszcie w pierwszym albumie Jak wiele to nic?

Żeby naszej tytułowej bohaterce nie było nudno (ale też w celu uzyskania odpowiedniego kontrastu), Maciej Kur zadbał o obsadzenie opowieści różnorodnymi postaciami. W ten sposób najlepszą przyjaciółką Emilki zostaje niewidoma nastolatka, Natalka. Dla dziewczyny niewidzialny świat Emilki pozostaje tak samo materialny jak reszta otoczenia. W kwestii rozmów, świetnie porozumiewają się metodą pisania na dłoni. Do Natalki dołącza jej młodszy kuzyn Eryk, oraz niepoukładana życiowo współlokatorka Maja. Do paczki należy też Justyna i śmiechowy piesek Pomerdaniec. Mając tak interesującą grupę bohaterów, Kur rozpisuje przygody Emilki w bardzo interesujący sposób. Wykorzystuje indywidualne cechy poszczególnych postaci (w szczególności Mai i Justyny), aby skonfrontować je z niecodziennym sposobem bycia tytułowej bohaterki. W ten sposób buduje jedno- lub dwuplanszowe historyjki, które jednocześnie układają się w długą, pełną najróżniejszych perypetii opowieść. Trudne to zadanie, ale scenarzysta wyszedł z niego obronną ręką. W Jak wiele to nic? (oprócz kilku luźnych przygód) Emilka z pomocą przyjaciół szykuje się do wzięcia udziału w spektaklu, który pokaże reszcie otoczenia jej unikalne zdolności. Droga do tego wydarzenia usłana jest sporą ilością lekkiego humoru, natomiast warstwa wizualna zaskakuje dopieszczonymi, ślicznymi rysunkami Meago. Kania tworzy Emilkę Sza w stylu łączącym cartoon z kultową szkołą rysunku japońskiego. W przyjętej przez autorów konwencji sprawdza się to znakomicie. Pastelowa kolorystyka dodaje klimatu do prześlicznych, przyjemnych dla oczu kadrów. Ciekawie oddziałuje również na dynamikę (zdarzających się od czasu do czasu), znacznie żywszych scen. Jak wiele to nic? to świetny komiks, który sprawdzi się najlepiej w biblioteczce nastoletniego czytelnika. Zapewne szczególnie pozytywny odbiór będzie miał wśród młodocianej płci pięknej, ale chłopcy także nie powinni się nim zawieść. W końcu ja sam jestem tego najlepszym przykładem! ;-)    

Tytuł: Emilka Sza - Jak wiele to nic?  
Scenariusz: Maciej Kur
Rysunki: Magdalena "Meago" Kania
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 64
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 34,99 zł


Star Wars: The High Republic - The Edge of Balance, vol. 1

Ten rok jest wyjątkowo dobry dla fanów książek i komiksów ze świata Gwiezdnych wojen. Ogromną zasługę ponosi w tej materii cykl Star Wars - The High Republic, rozpoczęty w styczniu niezwykle udaną powieścią Light of the Jedi. Do coraz bardziej rozrastającego się katalogu serii dołączyła właśnie manga autorstwa Shimy Shinyi, Justiny Ireland i Mizuki Sakakibary. Jest to jedno z niewielu przełożeń języka tego uniwersum na koncept ilustracyjny charakterystyczny dla japońskich historii obrazkowych. The Edge of Balance opowiada historię poboczną, rozgrywająca się równolegle z wydarzeniami zaprezentowanymi w The Rising Storm. Młoda rycerka Jedi Lily Tora-Asi, wraz ze swym mistrzem, wookieem Arkoffem eskortuje przesiedleńców z Hon-Tallos na nowy świat, planetę Banchii, umiejscowioną na odległych rubieżach. Gdy po udanym lądowaniu wraz ze swym padawanem Lily oddaje się zwyczajowym czynnościom Jedi (pomoc tubylcom, szkolenie młodzików), na Banchii dochodzi do dziwnego i niepokojącego zdarzenia. W związku z nagłym pojawieniem się roślinopodobnych, obdarzonych świadomością i żarłocznych Drengirów, Lily będzie musiała poddać swe wątpliwości dotyczące powinności oraz zgłębianiu sekretów Mocy nagłemu przewartościowaniu. A do tego będzie musiała się liczyć z koniecznością szybkiego działania w bardzo niesprzyjających okolicznościach.   

The Edge of Balance to historia zdecydowanie przeznaczona dla młodszego odbiorcy. Nie tylko ze względu na bohaterów - w większości młodych, nie do końca doświadczonych lub targanych wątpliwościami Jedi, ale też za sprawą samej treści, która z założenia nie należy do mocno skomplikowanej. Wydźwięk problemów, z którymi boryka się Lily jest skonstruowany tak, aby pomóc nastoletniemu pokoleniu w uporaniu się z własnymi troskami. Bo pytania, które zadaje sobie w myślach główna bohaterka, pozostają uniwersalne tak w gwiezdnowojennym, jak i naszym, całkiem realnym świecie. Jak radzić sobie z trudami życia i podejmowaniem ważnych decyzji - te kwestie nie przesłaniają innych elementów (takich jak dynamiczne sceny walki, stopniowe rozszerzanie uniwersum, czy zaprezentowana w głównym wątku intryga). W tomiku została zamieszczona jeszcze jedna, krótsza historyjka The Banchiians, opowiadająca o spotkaniu ze słodkimi, ptaszkopodobnymi istotami, przywłaszczającymi sobie różnorakie narzędzia. Miły dodatek, rysowany przez Nezu Usugumo. Mangę pochłania się szybko i przyjemnie, w czym pomagają też świetne, utrzymane w duchu gatunku rysunki. Choć The Edge of Balance nie czyta się niestety w klasycznym układzie, jest to pełnowymiarowa manga, zachowująca wszelkie inne zasady stylu. Najbardziej polecam ją zagorzałym fanom Wielkiej Republiki oraz nieletnim sympatykom japońskich komiksów. Reszcie radzę zapoznać się raczej z głównymi powieściami z cyklu, w którym dzieją się o wiele ważniejsze rzeczy. 

Tytuł: Star Wars: The High Republic - The Edge of Balance, vol. 1  
Scenariusz: Shima Shinya, Justina Ireland
Rysunki: Mizuki Sakakibara, Nezu Usugumo
Wydawnictwo: VIZ Media
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 144
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 14,99 $


Historia wyssana z sopla lodu

Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, jak znaczącym i kultowym twórcą jest Tadeusz Baranowski. Na przestrzeni kilku dekad stworzył całą masę komiksów i niesamowitych postaci, z Profesorkiem Nerwosolkiem, Bąbelkiem i Kudłaczkiem czy Smokiem Diplodokiem na czele. Oprócz wydawanych w formie książeczek, a także zamieszczanych w Świecie Młodych historii, miał on również okazję tworzyć dla francuskojęzycznego magazynu Tintin. Część tego materiału ujrzała światło dzienne w zeszłorocznym albumie Dymki z Tintina jak dymek z komina. Oprócz niego do wznowienia pozostawało wciąż jedno dzieło, które w naszym kraju w formie albumowej ukazało się dokładnie trzydzieści lat temu. Mowa tu oczywiście o Historii wyssanej z sopla lodu (oryginalnie opublikowanej w Tintinie w latach 80. ubiegłego stulecia), którą Baranowski stworzył wspólnie z Jeanem Dufaux (znanym ze Skargi Utraconych Ziem). W tym roku nareszcie doczekaliśmy się wznowienia tego tytułu przez wydawnictwo Ongrys. I trzeba od razu zaznaczyć, że jak na stylistykę Baranowskiego, jest to pozycja dość nietypowa.

Historia wyssana z sopla lodu to piękna, baśniowa opowieść o przyjaźni Juki, syna łowcy oraz księżniczki Olei, córki Jaśniepana Przylepy. Młodych łączy wspólna fascynacja płochaczkami, sympatycznymi stworkami, słynącymi w okolicy ze swego pysznego mięsa. Pech chce, że Przylepa szykuje właśnie przyjęcie z okazji ślubu syna i dania z płochaczków mają być główną częścią uczty. Para przyjaciół postanawia zaradzić temu problemowi, udają się więc na Wyspę Żółwi, gdzie znajduje się tajemniczy zamek księcia Orlaja. Ten legendarny władca słynął ze zdolności komunikowania się z wszystkimi żywymi istotami. Oleia ma nadzieję zgłębić jego sekret, aby ocalić lud płochaczków przed czekającym je, strasznym losem. Baranowski zaprezentował w tym albumie niezwykle unikalne podejście do tworzenia grafiki. Rysunki wykonane są w nietypowym dla artysty, bardzo realistycznym stylu. Pozwala to nie tylko na ukazanie czegoś nowego, ale też urzeczywistnia całą historię. Oczywiście, wszystko jest podane z charakterystyczną manierą Mistrza, nie ma więc mowy o czymś dziwnym czy nieudanym. Za sprawą tego zabiegu Historię wyssaną z sopla lodu ogląda się i czyta z zapartym tchem. Pomimo zasłyszanego niezadowolenia autora z własnej pracy, muszę przyznać, że jest ona czymś naprawdę niepowtarzalnym. Ciepło opowieści, prezentacja różnorodnych postaci, fantastyczne stwory i klimat komiksu zapewniają trzy kwadranse wspaniałej rozrywki. Tu i ówdzie piękno dzieła zaburza kilka zgrzytów scenariuszowych, ale i tak nie przeszkadza to w odbiorze całości. I tylko szkoda, że przygoda Olei i Juki kończy się tak szybko. Z pewnością kilka dodatkowych stron pomogłoby uczynić treść jeszcze barwniejszą. Baranowski oraz Dufaux stworzyli baśń dla czytelnika w każdym wieku, mającą swój odrębny charakter i styl. Choćby dla tych walorów warto ją poznać, a wierzę też, że szybko stanie się jedną z Waszych ulubionych historii w dorobku Mistrza.

Tytuł: Historia wyssana z sopla lodu  
Scenariusz: Jean Dufaux
Rysunki: Tadeusz Baranowski
Przekład: Anna Baranowska, Andrzej Przybyła
Wydawnictwo: Ongrys
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 49,99 zł


Komiks Emilka Sza - Jak wiele to nic? znajdziecie na stronie Egmontu.


piątek, 22 października 2021

Diuna (2021), czyli udany kompromis pomiędzy dziełem a blockbusterem


Powieść Diuna Franka Herberta to przepotężny kamień milowy światowej fantastyki. Od wielu lat rozbudza wyobraźnię i inspiruje twórców tworzących dla nowych pokoleń, pozostając wyznacznikiem prawdziwie epickiej historii. Bez Diuny globalna popkultura z pewnością nie wyglądałaby dziś tak samo. Nie byłoby Gwiezdnych wojen, nie byłoby Avatara, nie byłoby wielu innych znanych i lubianych dzieł. Nic więc dziwnego, że wchodząca na nasze wielkie ekrany adaptacja jest drugim (nie licząc wersji telewizyjnych) podejściem do przełożenia na język filmu kultowej historii Herberta. Zadania podjął się tym razem Denis Villeneuve, reżyser uznanych produkcji Nowy początek (2016) oraz Blade Runner 2049 (2017). Za jego sprawą znów śledzimy historię, której chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. 

Diuna opowiada wielowątkową historię, osadzoną w fantastycznym świecie przyszłości. To właśnie tu, na planecie nazywanej Arrakis, znajdują się złoża wielce pożądanej substancji zwanej przyprawą. Umożliwia ona pewną formę jasnowidzenia, niezbędnego do ponadwymiarowych podróży kosmicznych. Diuna zostaje odebrana rządzącemu nią rodowi Harkonnenów, a następnie oddana we władanie rodzinie Atrydów. Niestety, spiski wewnątrz struktur władzy sprawiają, że kiedy książę Leto wraz z lady Jessiką, nastoletnim synem Paulem oraz resztą swej świty i wojsk przybywają na jej powierzchnię, dokonany zostaje brutalny zamach stanu. W jego wyniku tylko Paul i Jessika uchodzą z życiem, znajdując schronienie w głębi nieprzyjaznej, pozbawionej wody planety. Tymczasem znający surowe życie na pustyni, tubylczy lód fremenów oczekuje przybycia wybrańca, który położy kres ich niedoli, wyzwalając Arrakis spod jarzma opresji.

Jak na samym początku seansu informuje nas napis tytułowy, ta adaptacja Diuny jest zaledwie częścią pierwszą opowieści. Nie znajdziemy tu więc treści całej książki, co być może zdziwi zagorzałych fanów pierwowzoru. Decyzja o takim kształcie produkcji była najwyraźniej podyktowana stylem zaproponowanym przez reżysera oraz charakterystycznym tempem wydarzeń oddanych na ekranie. Bo trzeba powiedzieć to sobie od razu - dzieło Villeneuve'a to próba połączenia typowego blockbustera z pełną, autorską wersją historii. To co jedni uznają więc za niepotrzebne dłużyzny, ja odebrałem jako zezwolenie twórcy na odpowiednie wybrzmienie określonych elementów treści. Dzięki odpowiedniemu klimatowi oraz poszczególnym częściom składowym chłonąłem ten film całym sobą.


W Diunie wszystkie trybiki filmowej machiny zdają się być na swoim miejscu i działać bez zarzutu. Doskonale wypadają występujący w niej aktorzy, świetne są zdjęcia, scenografie, kostiumy, muzyka i efekty specjalne. Podczas seansu zdałem sobie sprawę, jak bardzo wszystkie te drobiazgi wpływają na siebie nawzajem, tworząc produkcję angażującą na każdym możliwym etapie. Ciężko rozróżnić co zostało stworzone na ekranie komputera, a co jest rekwizytem czy efektem praktycznym. Wrażenia wizualne wypadają więc bardzo naturalnie. Wspomniany wcześniej klimat filmu jest absolutnie nie do podrobienia. Villeneuve stworzył obraz będący jego własną wersją historii Herberta, nieczęsto idąc na kompromis ze studiem. Jeśli miałbym przyczepić się do jakiegoś elementu, byłoby nim oddanie wysokich temperatur i ukazanie ciężkiego życia na Arrakis. Podczas seansu nie czuje się tej zgubnej temperatury 60 stopni, nie poświęcono też zbyt wiele czasu, aby widz mógł odczuć opisaną w książce desperację tubylców w kwestii przetrwania. Nieoczekiwanej zmianie uległa płeć jednej z postaci - Dr. Kynes jest w tej wersji kobietą. Ortodoksyjni fani mogą poczuć się urażeni, mnie ta zamiana nie zrobiła absolutnie żadnej różnicy.

Choć Diuna nie jest historią specjalnie skomplikowaną, reżyser posłużył się sprawnymi środkami, aby przedstawić całą filmową ekspozycję w sposób łatwy i przystępny. Od pierwszych scen rozumiemy zatem o co w filmie chodzi, poznajemy stawkę przedsięwzięcia oraz wszelkie elementy działania podziwianego świata. Ze względu na koncepcję opowieści, a także inne czynniki usprawniające fabułę, wypadły z filmu niektóre średnio ważne sceny, dobrze znane z książki. Nie odczułem jakoś dotkliwie ich braku, choć dobrze pamiętam w których momentach powinny się pojawić. Poza tymi drobnymi wadami, czuję się bardzo zadowolony z obejrzenia Diuny. To film autorski, a jednocześnie zachowujący stylistykę wielkoekranowych blockbusterów. Nie ma na celu wywołania rewolucji w kinie, jest po prostu świetnie skonstruowanym, unikalnym dziełem. A co równie ważne, od pierwszych scen został przeznaczony do podziwiania w kinie. Oglądany po raz pierwszy na małym, domowym ekranie raczej nie będzie wywoływał należytego, imponującego wrażenia. Pamiętajcie o tym podczas podejmowania decyzji o seansie. Jeśli miałbym się zdecydować na ponowną wizytę w kinie, wybrałbym potężny ekran Imaxu. W końcu ten sposób chłonięcia świetnych, epickich historii stworzono właśnie dla filmów w stylu Diuny.



Tytuł: Diuna (Dune)
Scenariusz: Jon Spaihts, Denis Villeneuve, Eric Roth
Reżyseria: Denis Villeneuve
Obsada: Timothee Chalamet, Rebecca Ferguson, Oscar Isaac, Jason Momoa, Stellan Skarsgard, Josh Brolin, Javier Bardem, Dave Bautista, Zendaya i inni
Wytwórnia: Warner Bros. 
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 22 października 2021 (Polska), 22 października 2021 (USA)
Czas trwania: 155 min.

poniedziałek, 18 października 2021

RECENZJA: Syrena - Mariusz Kaszyński


Ostatnie lata to niezły czas dla polskich powieści grozy i horrorów. Pojawia się coraz więcej ciekawych tytułów, nowi autorzy z pozycji na pozycję szlifują swój warsztat, a czytelnicy mają w czym wybierać, ciesząc się rodzimym rozkwitem tego literackiego gatunku. Z wielkim zaciekawieniem sięgnąłem więc po najnowszą książkę Mariusza Kaszyńskiego, autora do tej pory mi nieznanego. Syrena zdawała się być lekkim, dość sensacyjnym czytadłem na kilka dłuższych wieczorów. Zachęcony opisem zamieszczonym na okładce, zasiadłem do lektury. I szybko okazało się, że ta powieść ma do zaoferowania o wiele więcej niż to, co sobie początkowo założyłem. Z oczywistych względów autor nawiązuje w niej do jednej z najważniejszych warszawskich legend, jednak do jej przedstawienia wykorzystuje swój własny, unikalny pomysł. Działa to świetnie, tym bardziej, że otrzymujemy tu połączenie strasznej historii z zagadką kryminalną.

Fabułę Syreny śledzimy za sprawą dwóch postaci. Pierwszą jest Łukasz Kostrzewski, zwany przez swych kumpli Kosą. To typowy chuligan, przedstawiciel miejskiej patologii, ślepo zapatrzony we własne potrzeby, brutalny młody człowiek. Typowy dresiarz, gotowy uczynić coś złego, gdy tylko ktoś mu podpadnie. Podczas nadwiślańskiego grilla ze swoją paczką zostaje zaatakowany i raniony przez dziwną istotę, czającą się wśród przybrzeżnych zarośli. W podobnym czasie zostają znalezione zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Sprawę zabójstwa prowadzi komisarz Norbert Zawicki, cieszący się niechcianą reputacją detektywa lubującego się w odnajdywaniu nieprawdopodobnych wyjaśnień prowadzonych spraw. Aresztowany pod zarzutem zabicia własnej dziewczyny, Kosa twierdzi, że masakry dokonało stworzenie przypominające smoka. Jednocześnie sam zdradza dziwne objawy ataku istoty. Wkrótce podejmuje też udaną próbę ucieczki ze szpitala. Zaczyna się pościg za głównym podejrzanym oraz groźnym potworem nieznanym szeroko pojętej nauce.

Kaszyński świetnie rozgrywa poszczególne wątki Syreny, posługując się lekkim, wciągającym piórem. Umiejętnie kreśli i oddaje realizm zachowań Kosy i Zawickiego. Tworzy nie tylko związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy tymi postaciami, ale też sprawia, że czytelnik utożsamia się z każdą z nich. Dodatkowo, pomimo paskudnego charakteru Kosy, jego motywacje (i przemyślenia) są często dość zabawne, dodając przeciwwagi do reszty brutalnych i krwawych scen z książki. A tych jest tu naprawdę sporo. Krew leje się wartkim strumieniem, flaki fruwają na lewo i prawo, a żaden z bohaterów nie może czuć się bezpieczny. Jeśli jesteście wrażliwi na tego typu opisy, część scen ataku dziwnej istoty może wydać się Wam zbyt drastyczna. Pod tym względem Syrena kojarzy mi się z książkami Grahama Mastertona, gdzie często motyw tajemnicy łączy się z wartką akcją i wieloma mocnymi, bezpardonowymi scenami.

Jest tu jednak coś, co autor powieści robi lepiej niż kultowy mistrz grozy. Kaszyński potrafi zadowalająco poprowadzić wątki osobiste głównych postaci, dzięki czemu lepiej rozumiemy ich sytuację, jeszcze bardziej wsiąkając w opowieść. W końcu każdy horror oprócz niepokojących scen powinien łączyć czytelnika z bohaterami. Warto zauważyć, że pomiędzy komisarzem a Kosą jest też pewna interesująca zależność. Obaj mężczyźni to osoby nie potrafiące nawiązać dobrej relacji z otoczeniem, w tym z płcią przeciwną. Autor rozgrywa to w dość oryginalny sposób - Łukasz nie potrafi szanować kobiet (traktując je przedmiotowo), natomiast Norbert ma trudności z normalnymi relacjami, stale bojąc się życia. Atutów Syreny jest jednak więcej. Sporym zaskoczeniem jest samo zakończenie, odsłaniające drugie dno, przez cały czas skrycie sugerowane przez autora. W sposób kojarzący mi się z książkami Artura Urbanowicza, Kaszyński uzupełnia brakujące elementy układanki, szokując tą dopracowaną, fabularną wisienką na torcie. I choć jest ona zupełnie niespodziewana, to jednak bardzo satysfakcjonująca.

W Syrenie znajdziemy nie tylko zachwalane powyżej elementy. To też ciekawa zabawa z formą, łącząca niecodzienne pomysły pisarza inspirowane warszawską legendą z rasową historią grozy. Fajnie jest czytać powieść rozgrywającą się na własnym podwórku. Kaszyński prowadzi nas nadwiślańskim szlakiem stolicy, z rzadka podrzucając konkretne nazwy ulic czy miejsc. Dzięki temu niektóre wydarzenia możemy umieścić w bliskiej sobie okolicy (oczywiście, o ile mieszkamy w Warszawie), co znacznie potęguje fascynację tytułem i narastające poczucie niepokoju. Te wszystkie elementy sprawiają, że zabawa z Syreną jest przednia. Autor wykorzystał tu stale obecny w historii miasta mit, dodając do niego intrygującą tajemnicę, fajnie skonstruowane postacie i garść mocnych scen. Dzięki temu otrzymujemy powieść napisaną sprawnie, dającą się czytać szybko i satysfakcjonująco. I tylko zwycięstwo dobra nad złem w finale troszkę popsuło mi pełną frajdę z zakończenia. A już myślałem, że groza weźmie górę i będę bał się przechadzać nadwiślańskimi bulwarami... No cóż, Syrena to i tak jedna z najlepszych książek jakie przeczytałem w tym roku.

Tytuł: Syrena 
Autor: Mariusz Kaszyński
Wydawnictwo: Lira
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 336
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 36,99 zł 

czwartek, 14 października 2021

RECENZJA: Underground - Frantisek Kotleta


Frantisek Kotleta (choć tak naprawdę nazywa się Leos Kysa), to poczytny autor zza czeskiej granicy. Długoletni dziennikarz, popularyzator wiedzy, z autopsji znający także życie przemytnika alkoholu i papierosów. Napisał już kilka nieźle przyjętych powieści, a jego nowy, powyższy tytuł podobno był jednym z czeskich bestsellerów w 2020 r. Chyba należy uznać to za prawdę, ponieważ autor napisał też jego kontynuację. Tak czy inaczej, Underground to pierwsza książka Kotlety przetłumaczona na język polski. Trafiłem na nią przypadkiem podczas tegorocznych Targów Książki w Warszawie, gdzie Czechy były gościem honorowym. Zaintrygowała mnie okładka (wiadomo - każdego faceta zainteresuje roznegliżowana kobitka na okładce) oraz opis, sugerujący futurystyczne science-fiction w stylu cyberpunku. Jako że z tym gatunkiem fantastyki było mi dotąd nie do końca po drodze, a także zaintrygowany możliwością sięgnięcia po pierwszą w swoim życiu dorosłą powieść z Czech, zabrałem Underground do domu. 

Jak się szybko okazało, był to dobry wybór. Choć z początku chwilę trwało zanim udało mi się przeniknąć przez specyficzny, nieco uliczny styl narracji autora oraz dość obco nakreślony świat, ostatecznie Underground okazał się być opowieścią wartą zainwestowanego w nią czasu. Kotleta przenosi nas w niej do 2107 roku w Pradze, która po wojnie czesko-polskiej oraz różnych polityczno- technologicznych przemianach stała się najprawdziwszym megapolis. To tu poznajemy weterana minionej wojny, byłego policyjnego detektywa, Petra Vachtena. Nasz bohater staje przed nieoczekiwanym zleceniem, polegającym na ochronie jednej z tzw. cybernetycznych czarodziejek, czyli zyskujących status kultu, luksusowych prostytutek, oferujących swym klientom niezwykłe doznania za sprawą technologicznych implantów. Ktoś czyha na życie podopiecznej detektywa i jak się szybko okazuje, za całym zamieszaniem kryje się większa tajemnica. Po tak zarysowanej fabule, Kotleta wrzuca nas w wykreowany przez siebie świat, bezpardonowo opisując jego jasne i (zdecydowanie dominujące) ciemne strony. 

Underground to powieść, w której przeplatają się trzy dominujące elementy. Łączy w sobie klasyczną opowieść detektywistyczną w stylu noir, oferuje fabułę okraszoną cyberpunkowym klimatem, a jednocześnie przez cały czas dynamizuje treść wieloma scenami akcji. Jest tu także istotny wątek zagadki, którą stara się rozwiązać nasz główny protagonista. Wszystkie te części składowe podane zostały w dobrych proporcjach, natomiast trzeba pamiętać o tym, że swą powieść Kotleta przeznaczył raczej dla męskiej części czytelników. Autor nie szczędzi sobie pewnego rodzaju seksistowskich scen, które łączą się tematycznie z jednym z ważniejszych wątków książki, czyli cybernetycznymi czarodziejkami. No cóż, napompowany wulgaryzmami testosteron wylewa się czasami ze stronic Undergroundu, ale jeśli przymkniemy na to oko, książkę będzie się czytało całkiem sprawnie.

Kotleta oprócz wymienionych powyżej atrakcji, ciekawie rozpisuje świat Pragi przyszłości. Ekspozycja przedstawiana jest stopniowo, narracyjnie miesza się wraz z postępującą akcją. Dzięki temu odbiorca powieści krok po kroku wnika do świata przyszłości, z każdą przewracaną stroną rozumiejąc go jeszcze lepiej. Znajdziemy tu wyjaśnienia przybliżające obecny stan rzeczy, jak i ciekawe komentarze na temat struktury polityczno-społecznej metropolii. Underground to w sumie niezbyt długa książka, ale jako taka, oferuje całkiem sporą galerię postaci. Czuć tu wyraźnie, że autor przemyślał i zaplanował wątek każdej z nich, jest mi więc trochę szkoda, że częściowo za mocno pospieszył się z akcją. Te kilkadziesiąt stron więcej z pewnością pozwoliłoby jeszcze lepiej przywiązać mnie do kilku bohaterów. Dzięki temu powieść zyskałaby o wiele wyraźniejszy wątek emocjonalny. Pomimo tych kilku zastrzeżeń, Underground dało mi sporo frajdy. Powieść czytało się szybko, a dzięki udzielającej się pasji autora w stosunku do sedna historii, przełknąłem wulgaryzmy i szablonowe przedstawianie płci pięknej. Zanim zacząłem czytać tę książkę, miałem tylko intrygującą okładkę. Teraz, choć raczej nie zaliczę jej do najlepszych publikacji tego roku, mogę z czystym sumieniem napisać, że nie był to stracony czas. Być może język Kotlety z kolejnymi tytułami zyska na wartości, i z jeszcze większą przyjemnością będzie się sięgać po jego książki. Sądzę, że warto na to czekać.    


Tytuł: Underground 
Autor: Frantisek Kotleta
Przekład: Ilona Gwóźdź-Szewczenko
Wydawnictwo: Silesia Progress
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 328
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 44,90 zł

poniedziałek, 11 października 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 55 (Armada tom 1, Kajko i Kokosz. Złota kolekcja tom 1, Horrifikland. Przerażająca przygoda Myszki Miki, Klasyczne baśnie Disney'a - Zakochany kundel)

Kolejne wydanie najważniejszego działu bloga znów zawiera komiksowe tytuły dla czytelników o bardzo zróżnicowanych upodobaniach. Dla mnie najważniejszą premierą miesiąca okazało się wydanie pierwszego tomu Kajka i Kokosza. Złotej kolekcji, ale niebagatelnym wydarzeniem jest również pierwsza część zbiorczego wydania Armady. To jednak zaledwie dwa z czterech tytułów, których omówienie przygotowałem dla Was tym razem. Zapraszam więc do czytania i decydowania, po który z nich macie sami ochotę sięgnąć. :-)


Armada - tom 1 (Wydanie zbiorcze)

Moja przygoda z Armadą trwa (z pewną przerwą) już dwie okrągłe dekady. Pamiętam jak dziś, gdy w 2000 roku, w jednym z kiosków na warszawskim Dworcu Centralnym upatrzyłem sobie nowość - komiks z roznegliżowaną dziewczyną walczącą z potworem odzianym w potężny, ochronny skafander. Tytuł tomu brzmiał Ogień i popiół i jak się wkrótce okazało, wizualne walory przedstawionej na okładce bohaterki nie były jedynym atutem zakupionego dzieła. W swym komiksie Jean-David Morvan i Philippe Buchet zawarli nie tylko świetną historię przygodową, ale ubrali ją również w najprawdziwszą stylistykę science-fiction, nie pozbawiając intrygujących zwrotów akcji oraz poważnych, egzystencjonalnych rozmyślań. Tak zaczęła się moja przygoda z Navis, młodą dziewczyną żyjącą samotnie na planecie odkrytej przez tytułową Armadę (potężną zbieraninę statków przemierzającą kosmos m.in. w poszukiwaniu nowych planet oraz interesujących form życia). Ze względu na swoje zdolności oraz dynamiczne usposobienie Navis okazała się cennym nabytkiem dla Armady, której rada z miejsca powierzyła jej funkcję agentki specjalnej, wysyłanej do najbardziej karkołomnych zadań. Nie bez znaczenia dla tej decyzji był fakt, że Navis jako jedyna przedstawicielka inteligentnej formy życia, skrywa swe myśli przed telepatycznym kontaktem innych istot. Przyznam, że wpadłem w tę opowieść po same uszy, z niecierpliwością wyczekując kolejnych tomów, które dostarczyły mi niegłupiej rozrywki na naprawdę najwyższym poziomie. W ostatnich latach troszkę zapomniałem o ulubionej bohaterce i choć kolejne części Armady wędrowały na domową półkę z komiksami, to w zalewie innych, nie mniej ciekawych tytułów odkładałem je na bliżej niesprecyzowany czas. I właśnie teraz, ku mojemu zaskoczeniu, Egmont postanowił wznowić wszystkie części cyklu w twardookładkowych wydaniach zbiorczych. Czy może być lepsza okazja, aby przypomnieć sobie jeden z ulubionych komiksów?

Tom pierwszy Armady zawiera standardowo cztery pierwsze części cyklu. Ogień i popiół, Kolekcjoner, W trybach rewolucji oraz Talizman demonów łączą się ze sobą fabularnie, jednak każdy z nich opowiada w miarę zamkniętą opowieść, skupiając się na jednej przygodzie, która przytrafia się Navis podczas zlecanych jej misji. I nie da się ukryć, że to właśnie nasza protagonistka jest (oprócz barwnych pomysłów fabularnych) magnesem, który przyciąga odbiorcę do serii. Determinacja i zadziorność, ale też typowo ludzki upór i empatia czynią z Navis idealną bohaterkę tego typu opowieści. Niemniej ważne (w kontekście rozwoju treści) są jej poszukiwania innych istot ludzkich, pozostających poza zasięgiem kosmicznego konwoju. Pisząc o Armadzie nie sposób nie zwrócić uwagi na warstwę graficzną komiksu, będącej dziełem niezastąpionego Bucheta. Jego rysunki są zwyczajnie rewelacyjne! Komiks czyta się i ogląda z największą wprost przyjemnością. Artysta potrafi nie tylko powołać do życia najróżniejsze, niezwykle wymyślne formy życia (wyprzedzając pod tym względem choćby uniwersum Gwiezdnych wojen), ale też tworzyć niezwykle dynamiczne, tętniące akcją kadry. Nierzadko trafiają się tu również plansze, które swą szczegółowością aż wołają o wydanie tytułu w jeszcze większym formacie. Co tu dużo pisać - Armada jest jedną z tych pozycji frankofońskich, które każdy fan komiksowej fantastyki po prostu powinien znać. A nowe zbiorcze wydanie jest świetną okazją do przypomnienia sobie cyklu lub nadrobienia zaległości. Bardzo mocno polecam. 

Tytuł: Armada - tom 1  
Scenariusz: Jean-David Morvan
Rysunki: Philippe Buchet
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 204
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Kajko i Kokosz. Złota kolekcja - tom 1

Dla pokolenia dzisiejszych czterdziesto- i pięćdziesięciolatków nie ma chyba komiksu ważniejszego niż Kajko i Kokosz. Ja sam wiekopomne dzieło Janusza Christy z dumą umieściłem na podium swych ulubionych komiksów (lub serii) wszech czasów (zerknijcie tutaj). Bo Kajko i Kokosz to nie tylko komiks od którego zacząłem swą przygodę z tym medium. To nie tylko humor, dobra opowieść i świetni bohaterowie. To coś prawdziwie nieuchwytnego, coś czego nie zrozumie osoba, która nie doświadczyła czytania tych opowieści w Świecie Młodych lub stania w kolejce po pierwsze albumowe wydania (dostępne w latach 80. zeszłego stulecia). Od dawna fani z całej Polski pytali Egmont o możliwość wydania przygód dzielnych wojów Mirmiła w zbiorczych tomach. Po latach czekania (i narzekania) wydawca wreszcie spełnił prośbę czytelników, korzystając z nadchodzącej, przyszłorocznej rocznicy pięćdziesięciolecia cyklu. I trzeba przyznać, że warto było czekać, bo do zadania uczczenia jubileuszu Egmont podszedł niezwykle poważnie.

Kajko i Kokosz. Złota kolekcja to zbiór sześciu opasłych tomów, gromadzących wszystkie komiksy z Kajkiem i Kokoszem, jakie kiedykolwiek się ukazały. Poczynając od kultowego Złotego pucharu (którą to historię otrzymujemy po raz pierwszy w całości w powyższym tomie), aż po Mirmiła w opałach - do końca przyszłego roku do naszych rąk trafi cały zbiór kultowych historii Christy. Ale to nie wszystko! Oprócz zupełnie nowej edycji (kolorystyka i oryginalne, odzyskane po latach plansze), rozpoznawalnej za sprawą świetnych grafik na okładkach, każda część kolekcji rozpoczynać będzie się od wstępu pisanego przez kojarzącą się ze światem autora osobę. I tak pierwszy tom otwiera przedmowa wnuczki Mistrza - Pauliny Christy. Dobrze jest spojrzeć jak oczami osób z grona kultowego twórcy wyglądało jego codzienne życie i praca. Każde wydanie wieńczyć będzie posłowie Krzysztofa Janicza, wieloletniego specjalisty w kwestii dzieł Christy, który uchyla przed nami rąbka bogatej historii tworzenia komiksów, oraz fakty nieznane dotychczas większości fanów. Wszystko to ozdobione jest unikalnymi grafikami i projektami, odnalezionymi w zbiorach pozostawionych przez Mistrza. Całość wydana została w twardej oprawie, na świetnym, grubym papierze. Dzięki temu już od pierwszego wzięcia komiksu w dłonie czujemy, że mamy do czynienia z czymś absolutnie wyjątkowym. I jest tak w istocie, a ja sam mogę już w tej chwili uznać Kajka i Kokosza. Złotą kolekcję za najważniejszy punkt w moich komiksowych zbiorach. Czy potrzeba tu dodatkowej rekomendacji...?

Tytuł: Kajko i Kokosz. Złota kolekcja - tom 1   
Scenariusz i rysunki: Janusz Christa
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 160
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Horrifikland. Przerażająca przygoda Myszki Miki

Horrifikland. Przerażająca przygoda Myszki Miki
to już drugi komiks o najsłynniejszej myszy świata (sorry, Jerry), jaki w tym roku wydaje Egmont. Pierwszym był Miki i kraina Pradawnych, a jego recenzję możecie znaleźć tutaj. Tym razem wraz z ulubieńcem fanów Disney'a wybierzemy się do przerażającego parku rozrywki, aby rozwiązać pewną mroczną zagadkę. Wszystko zacznie się w chwili, gdy podupadające biuro detektywistyczne prowadzone przez Mikiego, Goofy'ego i Donalda odwiedzi niejaka pani Żwirska, prosząc śledczych o odnalezienie jej zaginionego kotka. Trop poprowadzi uczynnych bohaterów do tytułowego Horrifiklandu, gdzie szybko okaże się, że oprócz w pełni zautomatyzowanych atrakcji czai się tam coś naprawdę nieodgadnionego... Tak zacznie się przygoda, idealnie wpisująca się w październikowe święto Halloween oraz fascynację wszelkimi strachami i duchami. Pytanie tylko, czy lubicie się bać...?

Horrifikland. Przerażająca przygoda Myszki Miki to komiks tworzony docelowo do młodszego odbiorcy (6-14 lat). Nie oznacza to jednak, że starsi czytelnicy wynudzą się na nim jak mopsy. O nie, co prawda Lewis Trondheim zadbał, aby jego dzieło czytało się szybko i przyjemnie, ale jest ono dalekie od wstydliwych uproszczeń, tak charakterystycznych dla czytadeł przeznaczonych wyłącznie dla najmłodszych. Mógłbym określić ten komiks jako typowo klasyczną historię Disney'a ze złotych czasów studia w minionym stuleciu. To lektura lekka, łatwa i przyjemna, nie pozbawiona charakterystycznego ciepła i szczypty humoru. Największym jej atutem pozostają jednak ilustracje Alexisa Nesme. Już od pierwszych stron komiks wita nas wspaniałymi, przebogatymi kadrami, narysowanymi delikatną, pełną detali kreską. Ponieważ ów tytuł czyta się błyskawicznie, warto po zakończeniu lektury wrócić do niego jeszcze raz, aby świadomie napawać się pięknem artyzmu Nesmego. Wówczas z pewnością ujrzymy sprytne nawiązania obrazkowe do klasyki horroru w popkulturze (np. Żywe trupy czy To). Jeśli w zalewie coraz bardziej skomplikowanych fabuł innych dzieł obrazkowych poszukujecie chwili oddechu, najnowszy komiks o Myszce Miki będzie strzałem w dziesiątkę. Zapewni dobrą, klimatyczną zabawę, ubraną w piękne ilustracje, które same w sobie warte są sięgnięcia po ten tytuł. A może po jego przeczytaniu nawet uwierzycie w duchy...?

Tytuł: Horrifikland. Przerażająca przygoda Myszki Miki   
Scenariusz: Lewis Trondheim
Rysunki: Alexis Nesme
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 49,99 zł


Klasyczne baśnie Disney'a - Zakochany kundel

Kilka miesięcy po premierze dwóch pierwszych adaptacji klasycznych animacji Disney'a, Egmont znów zabiera nas w świat fantazji jednego z największych twórców współczesnej popkultury. Król Lew i 101 Dalmatyńczyków rozpoczęły serię komiksowych wersji bajek, na których wychował się chyba każdy z nas. Od lat dostarczały one należytej porcji nostalgii, zabierając zarówno starszych, jak i młodszych odbiorów w świat pozbawiony rozkrzyczanych elementów, tak charakterystycznych dla współczesnych produkcji. Filmy Disney'a posiadały to nieopisane ciepło, łagodność i mądrość, której na próżno szukać w dzisiejszym świecie masowej kultury. Wyraźna granica pomiędzy dobrem i złem, walory przyjaźni i oddania, przygoda i śmiech - elementy te w bezbolesny sposób uczyły podstawowych zasad życia, które ja sam noszę w sobie do dziś. I tak samo jest w przypadku powyższego komiksu, bazującego na ukochanej przez wielu animacji Zakochany kundel (1955).

Opowieść według adaptacji scenariusza autorstwa Francoisa Corteggiani'ego pokazuje, jak ciężki jest tak naprawdę psi los. Urocza cocker spanielka imieniem Lady przekonuje się o tym, gdy na skutek narodzin dzidziusia jej ukochanych państwa, nagle przestaje być najważniejszą postacią w domu. Kiedy do pomocy nad brzdącem zatrudniona zostaje ciocia Sara, a w domu zaczynają panoszyć się jej dwa wredne koty, Lady poznaje Trampa, bezdomnego kundla, który pokazuje jej prawdziwą stronę życia. Dla żyjącej w świecie luksusu Lady świat ulicy i swobody będzie wyjątkowo kuszący, ale szybko pozna też jego niebezpieczną i mroczną stronę. No i powoli podda się uczuciu, które zrodzi się pomiędzy nią a Trampem. Komiks narysowany klasyczną kreską Disney'a przez Mario Cortesa jest idealnym odwzorowaniem opowieści z animacji. Przyciąga oko tym samym filmowym klimatem, będąc idealnym odwzorowaniem kultowej historii. Tak samo jak w przypadku poprzednich tytułów, na początku wydania otrzymujemy przegląd postaci, a ostatnie strony zapełniają najbardziej charakterystyczne ujęcia z animacji (ze słynnym psim pocałunkiem na czele!). Uważne oko czytelnika wychwyci też pewną drobną wpadkę rysownika, który w jednym kadrze (na stronie 38) umieścił wizerunek psa zupełnie nie pasujący do jego cienia na ścianie. Tak czy inaczej Zakochany kundel jest komiksem, który przyniesie sporo frajdy starszym jak i młodszym czytelnikom. I zupełnie nie szkodzi, że adresowany jest do tej drugiej grupy. Z pewnych historii się zwyczajnie nie wyrasta! 

Tytuł: Klasyczne baśnie Disney'a - Zakochany kundel  
Scenariusz: Francois Corteggiani
Rysunki: Mario Cortes
Przekład: Mateusz Lis
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 64
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Wszystkie omówione powyżej tytuły znajdziecie na stronie Egmontu.


poniedziałek, 4 października 2021

RECENZJA: Alicja - Christina Henry


Napiszę to wprost - nigdy nie czytałem Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla. Dawno temu oglądałem klasyczną, animowaną adaptację Disney'a, znam też wersję aktorską z 2010 roku w reżyserii Tima Burtona. A jednak dzieło Carrolla jest mi nieustannie bliskie, wydając się być historią, która w jakiejś formie powraca do mnie raz po raz. Kto wie, być może dzieje się tak przez wielki wydźwięk, z jakim oddziałuje ono na całą współczesną popkulturę? Zakładam, że podobnie było w przypadku Christiny Henry, która napisała Alicję, czyli książkę odnoszącą się bezpośrednio do legendy stworzonej w oryginale. Autorka w swym dziele postawiła na tzw. retelling, czyli przedstawienie historii na nowo, na w pełni niezależnych warunkach. Dzięki temu w miejsce mądrej, przewrotnej opowieści dla dzieci otrzymaliśmy historię pełną mroku, przemocy i walki o zachowanie człowieczeństwa. Przy okazji jest ona również całkiem niegłupia, podobnie jak oryginał. 

Wraz z Alicją odwiedzamy Stare Miasto, niepokojące, pełne wąskich, niebezpiecznych uliczek miejsce. Mieszkają tu tylko najbardziej zdesperowani, biedni i pozbawieni nadziei ludzie. W sercu starego Miasta stoi szpital psychiatryczny, w którego murach rozchodzą się krzyki potępionych dusz. W szpitalu przebywa młoda, zaniedbana dziewczyna. Nie pamięta, skąd się wzięła w tym budzącym trwogę budynku. Pamięta tylko podwieczorek przy herbatce dawno, dawno temu, długie białe uszy i krew… Kiedy w szpitalu wybucha pożar, przed Alicją i Topornikiem – jej jedynym przyjacielem, pacjentem z sąsiedniego pokoju, z którym komunikowała się poprzez małą mysią dziurkę w ścianie – pojawia się szansa ucieczki, wydostania się z zimnego, przerażającego miejsca, gdzie tyle lat ich więziono. Tyle że wraz z nimi rozpadające się od pożaru mury opuszcza coś jeszcze. Kwintesencja strachu i zła. Dżaberłak. Aby odkryć prawdę o swojej przeszłości, będą musieli zmierzyć się z bossami Starego Miasta – Gąsienicą, Morsem i tajemniczym Cheshirem. Droga będzie trudna, najeżona niebezpieczeństwami, a na jej końcu na swoją Alicję czeka... Królik.

Henry pokazała talent do pisania treści, które pomimo swego niezwykłego klimatu przyswaja się bardzo płynnie. Alicja nie jest książką przesadnie długą, co w sumie nie dziwi, biorąc pod uwagę jej układ fabularny. Struktura powieści przypomina nieco grę komputerową, w której musimy przemieszczać się nieustannie do przodu, napotykając najróżniejsze przeszkody, a także walcząc w coraz większymi przeciwnikami. Na końcu wyprawy czeka ten ostateczny, najzacieklejszy wróg, od którego pokonania zależeć będzie finał naszych zmagań. To wszystko jest jednak rozpisane tak płynnie i zręcznie, że w ogóle nie odczuwa się ciężaru obowiązującego układu. W sprawnej lekturze pomaga też wspomniana długość powieści, która nie przeciąga się niepotrzebnie, skupiając uwagę czytelnika na tym co w danej chwili jest najważniejsze. Ogromną zaletą historii jest rozwój dwójki głównych bohaterów. Alicja i Topornik stopniowo przechodzą ważną zmianę, która jednocześnie okazuje się być zaplanowaną kwintesencją finału. Od tego jak Alicja i jej towarzysz wykorzystają rzucone im pod nogi kłody zależeć będzie ostateczny wynik starcia z Dżaberłakiem.  

Tym co mocno wyróżnia książkę Henry na tle innych wariacji na temat Alicji, jest unikalny pomysł i wyraźny mrok zaprezentowanych wydarzeń. Całość utrzymana jest w konwencji powieści grozy, która czerpie garściami z klasyki Carrolla, oddając jej jednoczesny, bardzo pomysłowy hołd. Sceny przemocy utrzymano w odpowiedniej tonacji - autorka nie znęca się nad wyobraźnią odbiorcy, opisując drastyczne zdarzenia tak rzeczowo i krótko, jak tylko potrafi. Alicja ma w sobie chyba wszystko, co przy dobrym warsztacie twórcy tworzy dzieło mogące podobać się czytelnikom. Ciekawa sceneria, dające się lubić (choć nie pozbawione wielu problemów psychicznych) postacie, wartka akcja, kilka zwrotów akcji i mądry finał. Ten ostatni element być może nie przypadnie do gustu oczekującym zakończenia pełnego wielkich fajerwerków, ale cóż - nie takie było założenie tej opowieści. Ważny jest też sam pomysł - choć czerpie on garściami z oryginału, trzeba otwarcie przyznać, że trudno byłoby wymyślić coś równie ciekawego. Książka Henry to historia o poszukiwaniu swej przeszłości, ale też odnajdywaniu odpowiedzi na pytanie o nasz życiowy cel. Autorka przenosi nas w swą mroczną baśń, której zakończenie jest równie zaskakujące, co (w głębi duszy) oczekiwane. I właśnie ten paradoks jest jednym z jej niewątpliwych atutów. Sprawdźcie sami, czy też tak to wszystko odbierzecie.        


Tytuł: Alicja 
Autor: Christina Henry
Przekład: Janusz Ochab
Ilustracje: Maciej Kamuda
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 312
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 44,90 zł

niedziela, 3 października 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 54 (Miki i kraina Pradawnych, Lucky Luke tom 66, Batman. Death Metal tom 1)

Witajcie w kolejnym wydaniu najlepszego działu o komiksach w sieci! ;-) Dziś omawiam dwa tytuły dla młodszych czytelników, oraz jeden w sam raz dla starych wyjadaczy uniwersum DC. Nie przedłużam, zapraszam do lektury.


Miki i kraina Pradawnych

Podniebny świat to niecodzienne i wyjątkowe miejsce. Umieszczony w nieprzebytych przestworzach, gdzie krajobraz stanowią przedziwne latające wyspy, rządzony żelazną ręką przez tyrana o imieniu Fantomen. To tu napotykamy Mikiego, który trudni się sztuką powroźnictwa, czyli fachu, który pozwala utrzymać połączenia pomiędzy unoszącymi się w powietrzu lądami. Nasz bohater wraz z Minnie i Goofym stanowili niegdyś grupę poszukiwaczy zaginionego kontynentu Pradawnych. Niestety, dramatyczny wypadek rozdzielił ich drogi i teraz bohaterowie zmuszeni są działać na własną rękę. Na horyzoncie wkrótce pojawia się szansa na ponowne spotkanie - przywódca rebeliantów zwanych Gildią planuje wielki atak na siedzibę Fantomena. Dzięki sprzyjającym, wprawionym w ruch wydarzeniom, Miki wkrótce przekona się, co warte były dawne podania o nieznanej krainie. Tak właśnie rysuje się nowa przygoda, w której mamy okazję towarzyszyć nieco zaniedbanemu bohaterowi studia Disney'a. Denis-Pierre Filippi i Silvio Camboni zabierają nas w podróż wraz z Mikim, który dostaje w tej historii nowe życie, jednocześnie przekonując czytelnika, że choć jest znacznie mniej przebojowy i zadziorny od bohaterów Kaczogrodu, to wciąż ma wiele osobistego uroku oraz sporo ciekawych historii do opowiedzenia. 

Napiszę to od razu - tym co stanowi największą siłę komiksu Miki i kraina Pradawnych to przewspaniałe, niesamowicie szczegółowe rysunki Camboniego. Widać to już po okładce, jednak gdy sięgniecie po komiks, przekonacie się, że ta ilustracja to zaledwie czubek góry lodowej. Przepiękne krajobrazy, wiele rozrysowanych na prawie całą stronę plansz oraz tętniące życiem postacie, to więcej niż to, na co mogliście liczyć w tej opowieści. Stonowane, niezbyt jaskrawe kolory pozwalają cieszyć się szczegółami bez nadmiernego bólu oczu, a dzięki tak przygotowanej wizualizacji znacznie lepiej przyswaja się zaproponowaną przez Filippi'ego historię. Nie ma w niej w sumie niczego nadzwyczaj odkrywczego, ale jako komiks dla młodszego czytelnika sprawdza się doskonale. Część pomysłów (tak scenariuszowych jak i wizualnych) widzieliśmy już tu i ówdzie (latające wyspy ściągnięto wprost z Avatara), mimo wszystko w takiej odsłonie chłonie się je dość bezboleśnie. Sekrety, awanturnicze misje, sojusze i walka o wolność krainy - jest tu wszystko, co zazwyczaj przyciąga zwolenników fantastycznych przygód. No i oczywiście z chęcią sięgnę po kolejną odsłonę przygód Mikiego i jego towarzyszy, bo jak pokazał finał komiksu - można liczyć na niewątpliwy ciąg dalszy.

Tytuł: Miki i kraina Pradawnych  
Scenariusz: Denis-Pierre Filippi
Rysunki:  Silvio Camboni
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 64
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 49,99 zł


Lucky Luke, tom 66 - O.K. Corral

Lubię, gdy komiksy typowo humorystyczne odnoszą się do realnych, historycznych wydarzeń. Dzięki temu, za sprawą beztroskiej zabawy można liznąć nieco historii, a nawet poczuć się zainspirowanym, aby na własną rękę sprawdzić materiały źródłowe, dowiadując się o danym zagadnieniu czegoś więcej. Właśnie tak zdarzyło się w przypadku dopiero co wydanego, 66. tomu przygód Lucky Luke'a - O.K. Corral. Komiks według scenariusza Xaviera Fauche'go i Erica Adama odnosi się do legendarnych już wydarzeń z października 1881 roku, mających miejsce w miasteczku Tombstone. Doszło wtedy do jednej z najbardziej znanych strzelanin w historii Dzikiego Zachodu, gdzie podczas potyczki pomiędzy braćmi Earp, a rodziną Clantonów w czasie bliskim 30 sekund oddano aż 30 strzałów. Zginęły wówczas trzy osoby. Nic zatem dziwnego, że tak wiekopomne zdarzenie zainteresowało twórców Lucky Luke'a, który już nie raz w swym dziele odnosili się do wydarzeń oraz postaci uwiecznionych na kartach historii USA. Naturalnie autorzy pozmieniali część najbardziej brutalnych faktów, tak aby uczynić swój komiks nieco lżejszym, a przede wszystkim przystępnym dla czytelnika w każdym wieku.

W O.K. Corral nikt więc nie ginie, a zło w postaci panoszących się w Tombstone braci Clanton zostaje przykładnie ukarane. W centrum wszelkich perypetii umieszczono oczywiście naszego szybkiego kowboja, który do Tombstone przybywa wraz ze swym przyjacielem Tomem Taylorem, pędząc stado bydła. Lucky Luke nie byłby i w tym przypadku tytułem kultowym, gdyby wszystko nie zostało pokazane z odpowiednią ilością przepysznego, rozbrajającego humoru. Poczynając od pierwszych stron, gdzie prawdziwym mistrzostwem świata jest wizyta u dentysty (tu poznajemy Doca Holliday'a - kolejną autentyczną personę zamieszaną w wydarzenia w O.K. Corral), aż po finał całej opowieści - szeroki uśmiech ani na chwilę nie schodzi z naszej twarzy. Fauche i Adam postarali się, aby ich scenariusz dorównał legendarnym już pracom Rene Goscinnego, nie ma więc obawy, że jakość prezentowanych w tym tomie przygód Lucky Luke'a spadnie choć odrobinę. A ilustrujący tę opowieść Morris jak zawsze dostarczył lekkiej, przyjemnej dla oka kreski, która stała się rozpoznawalna wśród fanów historii obrazkowych już wiele dekad temu. Dla fanów Lucky Luke'a oraz westernów O.K. Corral to pozycja obowiązkowa, reszta odbiorców także powinna docenić tę pozycję. To familijna, lekka rozrywka w sam raz dla każdego. 

Tytuł: Lucky Luke, tom 66 - O.K. Corral  
Scenariusz: Xavier Fauche, Eric Adam
Rysunki: Morris 
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Batman. Death Metal - tom 1

Scott Snyder i Greg Capullo kontynuują swoje opus magnum tej dekady, czyli historię rozpoczętą w Batmanie z The New 52, później mocno podkręconą w trzytomowym evencie Batman Metal. Pierwszy tom nowej serii Batman. Death Metal pokazuje, co stało się z bohaterami po przegranej bitwie o losy multiwersum. Batman, Który się Śmieje zwyciężył. Stał się władcą koszmarnej Ziemi, przeobrażonej na jego modłę dzięki mocy Perpetui, matki multiwersum. Bohaterowie, którzy ocaleli, są zdani na jego łaskę. Wszystko wskazuje na to, że wszelki opór został złamany. Ale czy na pewno? Prawdziwy Batman kryje się w cieniu i prowadzi wojnę podjazdową, doprowadzając do starć z siłami ciemiężyciela. Zaś Wonder Woman, która została władczynią Podziemia, marzy o ostatecznym obaleniu tyrana. Również wygnany przez Perpetuę Lex Luthor nie powiedział jeszcze ostatniego słowa... Jeśli czytaliście moje wrażenia z lektury komiksu Batman Metal, być może pamiętacie, że po początkowym, umiarkowanym zachwycie coraz bardziej zrażałem się do przedstawianej tam opowieści. Podobnie było w przypadku pisanej przez Snydera Ligi Sprawiedliwości, która również miała swoje lepsze i gorsze momenty. Wspominam o tym nie bez powodu, ponieważ tytuły te, jak i nieobecne na blogu dwie części Batmana, Który Się Śmieje oraz Wojny totalnej. Roku Łotrów stanowią logiczną kontynuację tego wielkiego wydarzenia. Batman. Death Metal jest więc zwieńczeniem kilku lat pracy autora, który postanowił odlecieć (i to dość ostro) na skrzydłach swej wyobraźni, oferując czytelnikom historię, której nie sposób porównać do niczego, co kiedykolwiek powstało w DC Comics. I co najdziwniejsze, w najnowszej odsłonie jego dzieła, magiczna formuła wydaje się być o wiele jaśniejsza niż na samym początku.

Batman. Death Metal to komiks, który teoretycznie należy czytać po wszystkich wymienionych powyżej tytułach. Jeśli jednak tego nie zrobicie, to i tak nie powinniście mieć kłopotów ze zrozumieniem wszystkich występujących tu, fabularnych zależności. Snyder zadbał o klarowność wydarzeń, poprzez umieszczony w tym tomie rozdział Mroczne legendy (stanowiący jeden z tzw. "tie-in'ów", czyli komiksów łączących się bezpośrednio z główną osią wydarzeń). Dopełnia on roli w rozjaśnianiu wszelkich scenariuszowych zawiłości, pozwalając cieszyć się fabułą w najlepszy z możliwych sposobów. I naprawdę się cieszę, że udało mu się mnie do tego przekonać. Choć Batman nie należy już od jakiegoś czasu do moich komiksowych ulubieńców, to pomysły zaprezentowane w tej opowieści są na tyle ciekawe i dynamicznie poprowadzone, że autorom udało się złapać mnie w swe sidła. Na jak długo w nich pozostanę, zależy w sporej mierze od jakości trzech kolejnych tomów cyklu. Pod względem ilustracyjnym raczej nie ma obaw - Greg Capullo oraz reszta zamieszanych w projekt artystów rysuje tak dobrze, że pozostaje tylko podziwiać ich szczegółowe i starannie wykonane prace. Postarajcie się więc sięgnąć po ten tytuł. Jeśli nie obce jest Wam uniwersum DC i jego barwna złożoność, powinniście zakończyć lekturę zadowoleni. 

Tytuł: Batman. Death Metal - tom 1  
Scenariusz: Scott Snyder, James Tynion IV, Joshua Williamson
Rysunki: Greg Capullo, Tony Daniel, Riley Rossmo, Joelle Jones, Jamal Igle 
Przekład: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 200
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 69,99 zł


Wszystkie omówione powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.