piątek, 22 października 2021

Diuna (2021), czyli udany kompromis pomiędzy dziełem a blockbusterem


Powieść Diuna Franka Herberta to przepotężny kamień milowy światowej fantastyki. Od wielu lat rozbudza wyobraźnię i inspiruje twórców tworzących dla nowych pokoleń, pozostając wyznacznikiem prawdziwie epickiej historii. Bez Diuny globalna popkultura z pewnością nie wyglądałaby dziś tak samo. Nie byłoby Gwiezdnych wojen, nie byłoby Avatara, nie byłoby wielu innych znanych i lubianych dzieł. Nic więc dziwnego, że wchodząca na nasze wielkie ekrany adaptacja jest drugim (nie licząc wersji telewizyjnych) podejściem do przełożenia na język filmu kultowej historii Herberta. Zadania podjął się tym razem Denis Villeneuve, reżyser uznanych produkcji Nowy początek (2016) oraz Blade Runner 2049 (2017). Za jego sprawą znów śledzimy historię, której chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. 

Diuna opowiada wielowątkową historię, osadzoną w fantastycznym świecie przyszłości. To właśnie tu, na planecie nazywanej Arrakis, znajdują się złoża wielce pożądanej substancji zwanej przyprawą. Umożliwia ona pewną formę jasnowidzenia, niezbędnego do ponadwymiarowych podróży kosmicznych. Diuna zostaje odebrana rządzącemu nią rodowi Harkonnenów, a następnie oddana we władanie rodzinie Atrydów. Niestety, spiski wewnątrz struktur władzy sprawiają, że kiedy książę Leto wraz z lady Jessiką, nastoletnim synem Paulem oraz resztą swej świty i wojsk przybywają na jej powierzchnię, dokonany zostaje brutalny zamach stanu. W jego wyniku tylko Paul i Jessika uchodzą z życiem, znajdując schronienie w głębi nieprzyjaznej, pozbawionej wody planety. Tymczasem znający surowe życie na pustyni, tubylczy lód fremenów oczekuje przybycia wybrańca, który położy kres ich niedoli, wyzwalając Arrakis spod jarzma opresji.

Jak na samym początku seansu informuje nas napis tytułowy, ta adaptacja Diuny jest zaledwie częścią pierwszą opowieści. Nie znajdziemy tu więc treści całej książki, co być może zdziwi zagorzałych fanów pierwowzoru. Decyzja o takim kształcie produkcji była najwyraźniej podyktowana stylem zaproponowanym przez reżysera oraz charakterystycznym tempem wydarzeń oddanych na ekranie. Bo trzeba powiedzieć to sobie od razu - dzieło Villeneuve'a to próba połączenia typowego blockbustera z pełną, autorską wersją historii. To co jedni uznają więc za niepotrzebne dłużyzny, ja odebrałem jako zezwolenie twórcy na odpowiednie wybrzmienie określonych elementów treści. Dzięki odpowiedniemu klimatowi oraz poszczególnym częściom składowym chłonąłem ten film całym sobą.


W Diunie wszystkie trybiki filmowej machiny zdają się być na swoim miejscu i działać bez zarzutu. Doskonale wypadają występujący w niej aktorzy, świetne są zdjęcia, scenografie, kostiumy, muzyka i efekty specjalne. Podczas seansu zdałem sobie sprawę, jak bardzo wszystkie te drobiazgi wpływają na siebie nawzajem, tworząc produkcję angażującą na każdym możliwym etapie. Ciężko rozróżnić co zostało stworzone na ekranie komputera, a co jest rekwizytem czy efektem praktycznym. Wrażenia wizualne wypadają więc bardzo naturalnie. Wspomniany wcześniej klimat filmu jest absolutnie nie do podrobienia. Villeneuve stworzył obraz będący jego własną wersją historii Herberta, nieczęsto idąc na kompromis ze studiem. Jeśli miałbym przyczepić się do jakiegoś elementu, byłoby nim oddanie wysokich temperatur i ukazanie ciężkiego życia na Arrakis. Podczas seansu nie czuje się tej zgubnej temperatury 60 stopni, nie poświęcono też zbyt wiele czasu, aby widz mógł odczuć opisaną w książce desperację tubylców w kwestii przetrwania. Nieoczekiwanej zmianie uległa płeć jednej z postaci - Dr. Kynes jest w tej wersji kobietą. Ortodoksyjni fani mogą poczuć się urażeni, mnie ta zamiana nie zrobiła absolutnie żadnej różnicy.

Choć Diuna nie jest historią specjalnie skomplikowaną, reżyser posłużył się sprawnymi środkami, aby przedstawić całą filmową ekspozycję w sposób łatwy i przystępny. Od pierwszych scen rozumiemy zatem o co w filmie chodzi, poznajemy stawkę przedsięwzięcia oraz wszelkie elementy działania podziwianego świata. Ze względu na koncepcję opowieści, a także inne czynniki usprawniające fabułę, wypadły z filmu niektóre średnio ważne sceny, dobrze znane z książki. Nie odczułem jakoś dotkliwie ich braku, choć dobrze pamiętam w których momentach powinny się pojawić. Poza tymi drobnymi wadami, czuję się bardzo zadowolony z obejrzenia Diuny. To film autorski, a jednocześnie zachowujący stylistykę wielkoekranowych blockbusterów. Nie ma na celu wywołania rewolucji w kinie, jest po prostu świetnie skonstruowanym, unikalnym dziełem. A co równie ważne, od pierwszych scen został przeznaczony do podziwiania w kinie. Oglądany po raz pierwszy na małym, domowym ekranie raczej nie będzie wywoływał należytego, imponującego wrażenia. Pamiętajcie o tym podczas podejmowania decyzji o seansie. Jeśli miałbym się zdecydować na ponowną wizytę w kinie, wybrałbym potężny ekran Imaxu. W końcu ten sposób chłonięcia świetnych, epickich historii stworzono właśnie dla filmów w stylu Diuny.



Tytuł: Diuna (Dune)
Scenariusz: Jon Spaihts, Denis Villeneuve, Eric Roth
Reżyseria: Denis Villeneuve
Obsada: Timothee Chalamet, Rebecca Ferguson, Oscar Isaac, Jason Momoa, Stellan Skarsgard, Josh Brolin, Javier Bardem, Dave Bautista, Zendaya i inni
Wytwórnia: Warner Bros. 
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 22 października 2021 (Polska), 22 października 2021 (USA)
Czas trwania: 155 min.

2 komentarze:

  1. Nie czytałam książki, ale film mam w planach :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto zobaczyć. A później kto wie, może sięgniesz po książkę. :-)

      Usuń