wtorek, 23 listopada 2021

RECENZJA: Gwiazdkowy Prosiaczek - J. K. Rowling


J. K. Rowling znana jest z tego, że na stałe zaczarowała cały popkulturowy świat. To ona sprawiła, że w latach 90. dzieciaki coraz częściej uciekające w świat gier komputerowych zaczęły czytać książki, a dorośli przestali wstydzić się tego, że fascynują ich historie przepełnione magią i niecodziennymi sprawami. Niestety, od zakończenia prac nad serią o Harrym Potterze pisarka nie powołała do życia zbyt wielu utworów skierowanych do młodego odbiorcy. Na szczęście koniec 2021 roku przyniósł dzieło nieoczekiwane, a jednocześnie wpisujące się w szczególny klimat zimowych świąt. Gwiazdkowy Prosiaczek to książka opowiadająca historię siedmioletniego Jacka, który tuż przed Bożym Narodzeniem traci swą ukochaną przytulankę, świnkę zwaną Daj Prosiem. Niby nic takiego, ale jeśli zrozumiemy, że ów pluszak towarzyszył bohaterowi od najmłodszych lat, sytuacja robi się dość przygnębiająca. Rozpaczy chłopca nie może ukoić nawet fakt otrzymania identycznej zabawki, co doprowadza go do podjęcia decyzji o podróży do zaczarowanego świata zwanego Krainą Zgub. W tej pełnej niebezpieczeństw i emocjonujących wrażeń wyprawie Jacka wspierać będzie tytułowy zamiennik Daj Prosia.

Rowling ma niesamowitą rękę do pisania książek dla najmłodszych. Już w Harrym Potterze udowodniła, że nie tylko bezbłędnie trafia w dziecięce gusta, ale sprawia również, że dorośli czytający te opowieści swym pociechom, mogą bez zażenowania zachwycić się fascynującymi i pomysłowo skonstruowanymi światami. Nie inaczej jest w Gwiazdkowym Prosiaczku, książce w większości rozgrywającej się w zupełnie nowym uniwersum. Przyznam, że nie do końca przekonują mnie zabiegi opisywania świata przedstawionego, gdzie cały pomysł opiera się na prezentowaniu kolejnych, coraz bardziej udziwnionych krain. Na szczęście autorka wykreowała Krainę Zgub tak zgrabnie, że pomimo pewnej niechęci, dałem się jej wciągnąć do tego fantastycznego miejsca. Urzekł mnie w nim nie tylko pomysł na poszczególne rejony (Zawieruszone, Nietrwałe, Gdzietowcieło, Pustkowie Nieopłakiwanych, Miasto Wytęsknionych oraz Wyspa Ukochanych), ale też kreatywny sposób wiązania ich ze sobą. Wypada tu zaznaczyć, że do świata zagubionych nie trafiają wyłącznie zabawki. Są tu również przedmioty, nawyki, drygi, czy najróżniejsze wartości. Porządku strzegą Wyłapywacze, którzy bezpośrednio podlegają złemu panu krainy, złowrogiemu stworowi zwanemu Lamusem. To niezwykle łakomy potwór, pożerający Rzeczy, które zbyt długo pozostają zagubione. Sprawdźcie sami jak Rowling opisuje wymienione istoty i miejsca - wyobraźnia pisarki ponownie zaskakuje! 

Gwiazdkowy Prosiaczek to po trochu klasyczna opowieść drogi, z układem fabularnym przywodzącym na myśl grę komputerową. Jack i jego pluszowy towarzysz poruszają się w niej od jednego punktu do drugiego, w każdym poznają kilka nowych postaci, po czym siłą rzeczy znajdują sposób, aby przeskoczyć na kolejny poziom. Muszą też mieć się na baczności, bo nieustannie wisi nad nimi widmo przerażającego Lamusa, oraz fakt, że na odzyskanie Daj Prosia mają czas tylko do północy. Prawdziwy chłopiec nie może dłużej przebywać w Krainie Zgub, ponieważ zostałby tu uwięziony na zawsze. Przygoda i emocje są jedną stroną książki Rowling, natomiast drugą i chyba znacznie ważniejszą jest sam jej przekaz. Choć ekscytujących wydarzeń tu nie brakuje, jest to powieść niosąca ważną naukę o rozstaniach. Chyba łatwo się domyślić, jaki będzie finał Gwiazdkowego Prosiaczka. Z jego pomocą autorka pomaga młodym czytelnikom w przejściu traumy, jaką jest utrata kogoś bliskiego. Dzięki tej książce rodzice zawsze będą mogli przypomnieć swym pociechom, jak potoczyły się losy Jacka, co ostatecznie zrozumiał i jak poradził sobie z bolesną sytuacją. Otrzymują oni naprawdę wspaniałe narzędzie dydaktyczne, także ze względu na to, że młody bohater pojmuje ostatecznie, że w życiu istotne są nie tylko nasze własne uczucia, ale też to, co my sami znaczymy dla innych. 

Nowe dzieło Rowling wpisuje się idealnie w poetykę Świąt Bożego Narodzenia, niosąc ważną lekcję, dynamiczną przygodę i niepowtarzalny klimat. Robi to zgrabnie i naturalnie, sprawiając, że choć na te kilka godzin zatracimy się w niecodziennej rzeczywistości. Kilka pięknych, zamieszczonych w książce ilustracji wykonał Jim Field. Jak to bywa w utworach dla najmłodszych, pozwalają one lepiej zwizualizować treść zrodzoną w umyśle autorki. Nie rozumiem jednak czemu wydrukowano je wyłącznie w czerni i bieli - dość dziwna decyzja, zresztą identyczna jak w angielskim wydaniu powieści. Osobne słowa uznania należą się tłumaczom książki, którzy postarali się przenieść słowne realia Krainy Zgub na nasze ojczyste, językowe warunki. Gwiazdkowy Prosiaczek ma wszelkie szanse stać się nową świąteczną klasyką. Gwarantuje to nazwisko autorki, jak i niezapomniana treść, którą ta książka oferuje. Czy tak faktycznie będzie, przekonamy się za jakiś czas, tymczasem warto sięgnąć po dzieło Rowling i samodzielnie sprawdzić, czy są na to szanse.


Tytuł: Gwiazdkowy Prosiaczek 
Autor: J. K. Rowling
Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz
Ilustracje: Jim Field 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 320
Oprawa: miękka 
Cena okładkowa: 39,90 zł

poniedziałek, 22 listopada 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 58 (Diuna. Ród Atrydów tom 1, Thorgal - Neokora, Green Class tom 3, Star Wars. Vader na celowniku)

Witam ponownie wszystkich fanów dobrych komiksów! A ponieważ nie wszystkie komiksy są dobre, warto sprawdzić, co z poniższych pozycji podobało mi się i dlaczego. Jeśli swoimi opiniami pomogę we właściwym wyborze choć jednej osobie, to doskonale. Zapraszam! :-)


Diuna. Ród Atrydów - tom 1

Rok 2021 jest bezsprzecznie rokiem Diuny. Za taki stan rzeczy odpowiedzialność ponosi oczywiście najnowsza ekranizacja (zapraszam tutaj), ale do ogólnego zamieszania przyczyniają się też wyskakujące jak grzyby po deszczu wznowienia, czy liczne interpretacje komiksowe. Jedną z takich publikacji jest wydana właśnie adaptacja książki Diuna. Ród Atrydów, autorstwa Kevina J. Andersona i Briana Herberta. Zilustrowana przez Deva Pramanika, ukazuje wcześniejsze wydarzenia opisane w głównej książce cyklu, rozgrywające się na (około) trzydzieści lat przed przybyciem Atrydów na Arrakis. Język komiksu jest tu okazją do przebicia nieco patetycznej warstwy literackiej oryginału. Za sprawą sprawnej narracji i dynamicznych rysunków odsłania fascynujący świat stworzony w wyobraźni Franka Herberta, czytelny tak dla współczesnych odbiorców, jak i oddanych fanów opowieści obrazkowych. Tom pierwszy to głębsze wejrzenie w rozległe uniwersum, ale też sposób na ukazanie przeszłości całej masy dobrze znanych z uwielbianej powieści postaci. Jest to więc opowieść o czasach młodości Leto Atrydy, w której poznajemy losy nastoletniego księcia Kaladanu, ale również dzieje przybywającego na planetę Arrakis planetologa Kynesa, czy ciężkie doznania dziewięcioletniego niewolnika, Duncana Idaho. Już sam dobór postaci sprawia, że chce się sięgnąć po ten tytuł.

Trzeba też wyjaśnić sobie jedną dość ważną kwestię. Diuna. Ród Atrydów to komiks w sporej części zdradzający zwroty akcji przedstawione w kultowej książce. Z tego względu osoby, które dopiero poznają Diunę muszą same zdecydować, czy chcą rozpoczynać przygodę z tym światem od tej właśnie pozycji. Jeśli mimo wszystko obiorą tę drogę, emocji na pewno im nie zabraknie! W pierwszym tomie (zbierającym cztery regularne zeszyty cyklu) co rusz przenosimy się z miejsca na miejsce, chłonąc czytelnie rozpisaną dynamikę wydarzeń. Pewnym problemem tej części jest spora ilość kluczowych informacji dotyczących zasad panujących w uniwersum. Jest tego naprawdę dużo, co poskutkowało autorską metodą przekładania kwestii ekspozycyjnych na niezbyt zgrabny monolog bohaterów. Tak czy inaczej, komiks Andersona, Herberta i Pramanika to wspaniała wycieczka do rewelacyjnego, kultowego już świata, który nawet kilka dziesięcioleci wstecz okazuje się być miejscem oferującym niezliczoną ilość przygód i wrażeń. Jeśli historie pełne dynamicznych zwrotów akcji, politycznych spisków i różnorodnych postaci są Waszym chlebem powszednim, sięgnijcie po pierwszy tom Diuny. Rodu Atrydów. Przeczytacie go błyskawicznie i z niecierpliwością będziecie czekać na ciąg dalszy. Tak samo będzie z wieloletnimi fanami Diuny, mimo że od dawna dobrze wiedzą, jak ta opowieść się zakończy.  

Tytuł: Diuna. Ród Atrydów - tom 1 
Scenariusz: Kevin J. Anderson, Brian Herbert
Rysunki: Dev Pramanik
Przekład: Paulina Braiter
Wydawnictwo: Non Stop Comics
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 176
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 49 zł


Thorgal, tom 39 - Neokora

Thorgal
, to obok Kajka i Kokosza oraz Tytusa, Romka i A'Tomka jeden z najukochańszych tytułów komiksowych starszaków. Choć znajduje słowa uznania także wśród młodzików, zdecydowanie lepiej dociera do dojrzałego odbiorcy, niewychowanego na wybuchowej sieczce gatunku superhero. Wieloletni fani z nostalgią wspominają czasy przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku, kiedy to wydawnictwo Orbita wraz z KAW-em raczyły nas premierowymi przygodami Dziecka z Gwiazd, opisanymi w albumach Alinoe, WilczycaKraina Qa czy Łucznicy. Te same osoby z różnego rodzaju zdegustowaniem przyjęły w ostatnich latach spadek formy nowych twórców, którzy rozwodnili cykl, wprowadzając do niego trzy serie pod nowym szyldem Światy Thorgala. Na szczęście, począwszy od albumu Pustelnik ze Skellingaru, odpowiadający za scenariusze Yann sprawił, że Thorgal powoli odnalazł swą dawną jakość, skupiając się na przygodzie, tajemnicy i ponadczasowych, rodzinnych wartościach. W tym roku do naszych rąk trafia 39. (a wliczając serie poboczne już 63.) album serii - Neokora. Zgodnie z rozbudzonymi oczekiwaniami, jak i sekretnie brzmiącym tytułem, należy spodziewać się kolejnego ważnego kroku w historii lubianego bohatera. Czy jest tak w istocie?

Yann kontynuując swą opowieść od miejsca, gdzie poprzednio pozostawiliśmy nasze postacie (Selkie), od razu wrzuca nas w sedno akcji. Thorgal wraz z Jolanem, Louve, Avą i Gillim, żeglując po morzu natrafiają na porzucony stateczek. Przy próbie abordażu, znienacka atakuje ich przedziwna, napędzana magicznymi mocami istota, w całości złożona z kości zwierząt. Jak się wkrótce okazuje, wśród poległych członków załogi ktoś jednak ocalał. Gdy nasi bohaterowie docierają wreszcie do swej osady, ocalony przez nich mężczyzna stanie się częścią zagadki, która poprowadzi Thorgala do miejsca na północy, którego już nigdy nie chciał oglądać... Neokora ponownie wywraca świat Dziecka z Gwiazd do góry nogami, jednak po raz pierwszy od dawna robi to w sposób tak interesujący i przemyślany. Wracamy tu do pozaziemskich wątków cyklu, które wydawały się pogrzebane od czasów Królestwa pod piaskiem. Kosmiczna przeszłość Thorgala zawsze była mocno obecna w serii, jednak tym razem Yann zdecydował się ostatecznie odpowiedzieć na wszystkie pytania, które przez lata mogły cisnąć się nam na usta. Wydaje się, że autor scenariusza idzie tym razem dobrym tropem, sprawiając, że emocje podczas lektury nowego tomu rosną wprost proporcjonalnie do przedstawionej w nim akcji. Zostawia też sobie kilka fabularnych furtek, które w poszukiwaniu odpowiedzi na postawione w Neokorze pytania, przekroczymy dopiero w nadchodzących albumach. Surowy styl rysowania Frederica Vignauxa coraz lepiej sprawdza się w serii, dodając do niej niezbędnego realizmu i dynamiki. Z albumu na album przekonuję się do jego kreski (choć oczywiście nie bez zastrzeżeń - niektóre kadry mogłyby być nieco lepiej dopracowane). W Neokorze nie obyło się niestety bez kilku wpadek. Jak zawsze wszechobecna ekspozycja historyczna jest nazbyt widoczna, zmuszeni jesteśmy więc dowiedzieć się jak w tamtych czasach nazywano stolarza, oraz jaka jest różnica pomiędzy knorrem, a resztą statków z północy. W albumie powraca lubiana postać Kriss De Valnor i nie byłoby w tym nic specjalnie dziwnego, gdyby nie to, że Yann zupełnie odrzuca przemianę, jaką przeszła ona na łamach poświęconej jej, osobnej serii. W jego interpretacji Kriss ponownie jest chciwą i bezwzględną wojowniczką, odrzucającą wszelkie moralne zasady. Poza tymi dwoma mankamentami, nowy Thorgal przynosi wielką, pasjonującą przygodę, którą czyta się z wypiekami na twarzy. Koniec albumu zwiastuje niemniej intrygujący ciąg dalszy i wierzcie mi na słowo, ale te kilkanaście miesięcy oczekiwania będzie dla fanów serii prawdziwie bolesne. Cieszy mnie niezmiernie, że cykl powołany do życia przez G. Rosińskiego i Van Hamme'a powoli odnajduje swą drugą młodość, proponując rozpoznawalną jakość w połączniu z nowymi, ekscytującymi pomysłami. W końcu kto jak kto, ale Thorgal w pełni zasługuje na to, aby być z nami jak najdłużej. 

Tytuł: Thorgal, tom 39 - Neokora 
Scenariusz: Yann
Rysunki: Frederic Vignaux
Przekład: Wojciech Birek
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 56
Oprawa: miękka/twarda
Cena okładkowa: 24,99 zł/34,99 zł


Green Class, tom 3 - Chaos

Podobnie jak na temat czekania na przyszłoroczny, czterdziesty tom Thorgala pisałem w opinii powyżej, tak samo ponad rok temu twierdziłem o bólu wypatrywania kontynuacji serii Green Class (Alfa). Męczarnia szczęśliwie dobiegła końca i wreszcie możemy położyć swe chciwe łapki na Chaosie, będącym bezpośrednią kontynuacją wydarzeń opisanych w dwóch pierwszych tomach cyklu. Już na wstępie przyznam, że czeka nas tu iście wybuchowe zaskoczenie, ponieważ w nowej odsłonie twórcy postanowili postawić cały pandemiczny świat na głowie, odwracając sens oraz sedno zagadki o 180⁰. Można odczytać to już po samej okładce, na której zamiast pnączy roślin układających się w symbol czaszki, w tle za bohaterami widoczne są fragmenty istot odpowiedzialnych za tytułowy, ogólnoświatowy chaos. I tak z fascynującego, nieźle rozplanowanego fabularnie komiksu o pandemii, przeszliśmy do historii zdominowanej tajemnicą przedwiecznych form życia. Zaskoczeni? To chyba dobrze, w zamyśle autorów zapewne tak właśnie miało być. Co oczywiście nie oznacza, że całą dotychczasową opowieść szlag trafił - co to, to nie! Jerome Hamon i David Tako nadal wiedzą co robią, wybierając zmianę klimatu opowieści jako sprytny wybieg, ukazujący kunszt ich wspólnego pomysłu. Co równie ważne, sprawiają tym samym, że wszelkie niejasności poprzedniego tomu zostają wreszcie wyjaśnione.

Wprowadzenie grupy nowych bohaterów w Alfie, pozwoliło spojrzeć czytelnikowi na wydarzenia z nieco szerszej perspektywy. Zagęściło to przy okazji całą zagadkę pandemii, na szczęście już pierwsze strony Chaosu przynoszą część wypatrywanych odpowiedzi. Zanim jednak w pełni pojmiemy co i jak, czeka nas kolejny dynamiczny rollercoster, w którym wraz z naszą piątką bohaterów pokonywać będziemy przeszkody, jakie pod nogi nieustannie rzuca im sytuacja. Nowy tom ma zdecydowanie mroczniejszy charakter niż dwa poprzednie. Widać to już po ciemniejszej palecie barw zastosowanej przez Tako, o wiele cięższe są też wyzwania, którym twórcy poddają grupę nastolatków. Bezpowrotnie znika młodzieżowy luz, który dało się wyczuć w części pierwszej, młodzi bohaterowie zdecydowanie wydorośleli, na co bez wątpienia miała wpływ strata przemienionego Noaha. Kaznodzieja Lyauthey wyrasta na świetnego antagonistę serii. W Chaosie widzimy jak człowiek ten zmienił się na przestrzeni stosunkowo krótkiego czasu, z poszukiwacza odpowiedzi przekształcając się w bezwzględnego fanatyka. Zobaczymy jak jego wątek potoczy się w kolejnym tomie. Green Class to doskonały komiks, który oferuje czytelnikowi pasjonującą intrygę, opowiedzianą za pomocą perypetii grupy oddanych sobie przyjaciół. Twórcy postawili w nim na maksymalny realizm opisanych sytuacji i dzięki temu, ta mocno fantastyczna historia wciąga nas niczym prawdziwe zdarzenia. Dzięki sprawnemu scenariuszowi nie stoimy w miejscu, ciesząc się z rozwoju fabuły, która wciąż gwarantuje świetną zabawę. I o nic więcej nie śmiałbym tu prosić.

Tytuł: Green Class, tom 3 - Chaos 
Scenariusz: Jerome Hamon
Rysunki: David Tako
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 64
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 59,99 zł


Star Wars. Vader na celowniku

Star Wars. Vader na celowniku
to w miarę zamknięta, jednotomowa opowieść ze świata Gwiezdnych wojen. Mroczny Lord Sithów tropi w niej tajemniczy syndykat zbrodni zwany Ukrytą Dłonią, działający poza imperialnym systemem rządów. Jednocześnie sam znalazł się na ich celowniku – ścigają go najęci przez tę organizację, najgroźniejsi łowcy nagród w galaktyce. Zbieranina zabójców pod wodzą Valance’a – upadłego oficera Imperium (znanego z komiksu Star Wars. Łowcy nagród, tom 1 - Najgroźniejsi w galaktyce) – nie cofnie się przed niczym, by zdobyć największą nagrodę w życiu. Valance i Dengar szukają najlepszej broni na Lorda Sithów, ale najciekawsze zdarzy się, kiedy zarówno myśliwi, jak i zwierzyna odkryją mroczne sekrety Ukrytej Dłoni. Fabuła tego komiksu, stworzona przez scenarzystę Robbiego Thompsona, to typowy akcyjniak, rozgrywający się w czasach oryginalnej filmowej trylogii. Fani uwielbiający przygody łowców nagród dostaną w niej to, na co z pewnością czekają, bo opowieść dostarcza tak akcji, ciekawych postaci, jak i całej masy spisków, w których nie przebierają występujące tu postacie. Będzie głośno, szybko i zaskakująco, jednak główny mankament Star Wars. Vader na celowniku polega na tym, że po przeczytaniu tego komiksu dość szybko uleci on z Waszej pamięci. 

Thompson powołał do życia typową historyjkę, mającą na celu eksplorację rejonów nie znanych z filmów, książek czy pozostałych komiksów. Tym samym wpadł w pułapkę wynikających z tego, dość niekorzystnych okoliczności. Trudno jest pisać historie uzupełniające, które dzieją się pomiędzy najważniejszymi wydarzeniami z gwiezdnowojennego cyklu. Zawsze jest się ograniczonym ramami czasu, aktualnych predyspozycji postaci czy innych uwarunkowań fabularnych, przez co nie można w pełni rozwinąć skrzydeł wyobraźni. Widać to we wszystkich tego typu historiach i Star Wars. Vader na celowniku nie jest na tym gruncie czymś odmiennym. Wystarczy zwrócić uwagę na wątek łowcy Dengara. Jego rola nie tu jakoś szczególnie porywająca, natomiast finał historii umieszcza go w odgórnie określonej pozycji, idealnie pasującej do momentu, w którym widzimy go w Imperium kontratakuje. Coś takiego w oczywisty sposób zabija radość z tworzenia, jak i śledzenia konkretnego aspektu historii. Szczęśliwie, chlubnym wyjątkiem jest historia samego Beilerta Valance'a, postaci stworzonej na kartach najnowszych komiksów i (jak dotąd) nie pojawiającej się w filmach. Jest on przedstawiany w miarę czytelny i dość wyczerpujący sposób, co uzupełniają ciekawe sceny retrospekcji, dodające charakteru postaci. Być może podczas śledzenia tak krótkiej i dynamicznej opowieści nie będziecie w stanie związać się z nim na dłużej, ale to pozostawiam do indywidualnej oceny wśród osób, które zdecydują się przeczytać komiks. Ilustracje do komiksu wykonało kilku różnych autorów i nie są one czymś specjalnie porywającym. Prosta, często bardzo skąpa w swym wyrazie kreska jest dodatkowym powodem, dla którego ten tomik będzie lekturą na jeden raz. Na tym tle wyraźnie widać, że najlepszym, co w ostatnim czasie spotkało Gwiezdne wojny jest cykl Wielka Republika (The High Republic), który poprzez osadzenie akcji na dwieście lat przed wydarzeniami z filmowej trylogii prequeli, daje twórcom prawie nieograniczoną autorską swobodę. Ale może Star Wars. Vader na celowniku mimo wszystko Wam się spodoba. W końcu odległa galaktyka jest naprawdę rozległa i z pewnością ma do zaoferowania różnorodne historie dla każdego.

Tytuł: Star Wars. Vader na celowniku 
Scenariusz: Robbie Thompson
Rysunki: Marco Failla, Roberto di Salvo, Marc Laming, Cris Bolson
Przekład: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 136
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena okładkowa: 39,99 zł


Komiks Diuna. Ród Atrydów znajdziecie na stronie wydawnictwa Non Stop Comics.


Nowych tomów Thorgala, Green Class oraz komiksu Star Wars. Vader na celowniku 
szukajcie na stronie Egmontu.


piątek, 19 listopada 2021

Nowe na kształt starego, czyli Pogromcy duchów. Dziedzictwo (2021)


Fani Pogromców duchów w ostatnich latach nie mają łatwego życia. Długie oczekiwanie na trzecią część filmowej marki przyniosło im znienawidzoną kontynuację w reżyserii Paula Feiga, a ogólnoświatowa pandemia wstrzymała zeszłoroczną premierę kolejnej wersji ukochanego hitu. Oczywiście, w kontekście fandomu piszę tu też trochę o sobie, choć akurat ja nie wieszałem psów na adaptacji z 2016 roku. Owszem, był to obraz miejscami przeładowany przeszarżowanym humorem, ale pod każdym innym względem dał mi dwie godzinki całkiem niezłej zabawy. Z wielkim zaciekawieniem czekałem więc na najnowszą odsłonę, reżyserowaną przez Jasona Reitmana, syna twórcy dwóch oryginalnych produkcji z lat 80. I choć promocja filmu była w ostatnich miesiącach dziwnie cicha, przez półtorej roku nie zapomniałem o obiecanej premierze. Gdy tylko Pogromców duchów. Dziedzictwo zaczęto wyświetlać w kinach na całym świecie, zasiadłem w ciemnej sali Multikina, oddając się nowej przygodzie.

Produkcja Reitmana rozgrywa się współcześnie, łącząc linię fabularno-czasową z wydarzeniami znanymi z kultowych już filmów (choć z początku nie jest to w najmniejszym stopniu oczywiste). Śledzimy w niej losy Callie, samotnej matki, którą kłopoty finansowe zmuszają do przeprowadzki wraz z nastoletnią córką Phoebe i synem Trevorem do podupadłego miasteczka Summerville. Rodzina osiada w domu odziedziczonym po ojcu kobiety, który niegdyś porzucił najbliższych, wiodąc życie dziwaka i samotnika. Rozpadająca się rudera oraz nie mniej nędzna szopa ukrywają jednak pewne sekrety, które za sprawą dzieciaków wyjdą wkrótce na jaw. A stanie się to w bardzo pożądanym czasie, ponieważ nieopodal miasteczka zaczynają dziać się najróżniejsze niepokojące rzeczy. Najwyraźniej złe moce wzięły podupadłą mieścinę na cel i właśnie tam planują rozpoczęcie swego niecnego planu destrukcji całego świata.

Pogromcy duchów. Dziedzictwo to film pod względem konstrukcji fabularnej przypominający Gwiezdne wojny. Przebudzenie Mocy. Tak samo jak pamiętna kontynuacja wykorzystuje motyw upływu czasu, oraz przedstawienia nowego pokolenia bohaterów. Jest też prawie identyczną kalką przeboju Disney'a, ponieważ klonuje przebieg fabuły, wykorzystując dokładnie to samo zagrożenie, z którym mieli do czynienia bohaterowie hitu z 1984 roku. Jeśli więc drażniły kogoś intensywne wygłupy z produkcji sprzed pięciu lat, dla odmiany będzie musiał zmierzyć się z potężnym deja vu. I to chyba największy zarzut, jaki mogę mieć w stosunku do nowej odsłony serii. Niestety, to nie wszystko. Pierwszy akt ciągnie się jak włoski makaron, a finałowa apokalipsa z zaświatów nie robi aż tak wielkiego wrażenia, na jakie mógłbym liczyć. Brakuje w niej podbudowania zagrożenia, np. za sprawą ukazania wpływu złych mocy na ludność miasteczka. Summerville wydaje się być jakąś opuszczoną osadą (w szczególności w scenie wieczornych zakupów w Wallmarcie - czemu nie ma tam klientów i po co w kilkutysięcznym miasteczku taki ogromny sklep?). Przez to trudno w akcji filmu wyczuć wielkość stawki, o jaką toczy się walka młodych ludzi.   


Na szczęście reszta elementów tworzących Pogromców duchów. Dziedzictwo wypadła wręcz koncertowo. Młoda ekipa aktorów, na których barkach spoczywał prawie cały ciężar produkcji, wykonała swe zadanie po mistrzowsku. Kibicujemy im przez cały czas trwania filmu. Istotny wpływ wywiera na widza także nostalgia za klimatem produkcji z lat 80. Jest jej naprawdę sporo, a jednocześnie nie atakuje ona odbiorcy tak namolnie jak w serialu Stranger Things. Fajnie zadziałały żarty oraz tzw. jumpscare'y. Te pierwsze w większości wypadają bardzo naturalnie (choć mogłoby być ich nieco więcej), a drugie mają dobrą podbudowę, dzięki czemu można naprawdę podskoczyć na fotelu. Pewne dłużyzny w pierwszym i drugim akcie filmu wynagradza niesamowity finał historii, który jest spełnieniem marzeń każdego fana Ghostbusters. Mamy tu nie tylko wielki powrót konkretnych postaci, ale również piękne przesłanie o wartościach rodzinnych, powiązane ze wzruszającym hołdem dla nieżyjącego już Harolda Ramisa. I warto tu zaznaczyć, że wspomniany powrót nie umniejsza roli nastoletnich bohaterów. Jest on świetnie wkomponowany w przesłanie filmu, które łapie za serce, nie będąc jednocześnie wyłożonym na siłę. 

Pogromcy duchów. Dziedzictwo nie jest filmem idealnym, ale oddaje z nawiązką poświęcony mu czas. Zabrakło w nim lekkiego powiewu świeżości, ale zarówno sceny akcji, jak i połączenie efektów komputerowych z praktycznymi, wykonały kawał dobrej roboty. Jeszcze długo będę miał przed oczami scenę pościgu Phoebe, Trevora i Podcasta pędzących po uliczkach miasta samochodem pogromców, usiłując schwytać niesfornego ducha. Emocje, montaż, efekty oraz klimat tej sceny bezsprzecznie stanowią jeden z najlepszych fragmentów filmu. Na szczęście takich perełek jest tutaj jeszcze kilka. Czy zatem najbardziej konserwatywni fani będą zadowoleni z dzieła Reitmana? Nie wiem i mało mnie to obchodzi. Tym pozytywnym akcentem kończę recenzję, bo zdaje mi się, że słyszę dziwne stukanie w drugim pokoju. I wiecie po kogo zadzwonię...?


Tytuł: Pogromcy duchów. Dziedzictwo (Ghostbusters: Afterlife)
Scenariusz: Gil Kenan, Jason Reitman, Dan Aykroyd
Reżyseria: Jason Reitman
Obsada: Paul Rudd, Finn Wolfhard, Mckenna Grace, Carrie Coon, Logan Kim, Celeste O'Connor, Annie Potts i inni
Wytwórnia: Columbia Pictures 
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 19 listopada 2021 (Polska), 19 listopada 2021 (USA)
Czas trwania: 124 min. 

niedziela, 14 listopada 2021

RECENZJA: Lęk - Tomasz Sablik


Tomasz Sablik w swojej nowej książce zabiera nas do świata pełnego obaw, niewyjaśnionych sekretów oraz swoistej umowności. Lęk to powieść grozy, która odciska na czytelniku własne piętno, zmusza do myślenia, a jednocześnie nie pozostawia go obojętnym na zawarte w niej słowa. Fabuła zapowiada się na swój sposób znajomo. Jakub i jego żona Julia jako jedni z bardzo nielicznych ludzi pozostałych przy życiu, po wyniszczającej pandemii schronili się na granicy mrocznego lasu. Pewnego dnia zostają nawiedzeni przez młodą, potrzebującą pomocy dziewczynę. Niefrasobliwa zgoda na przekroczenie progu ich skromnego domostwa doprowadzi do serii dziwnych i niewytłumaczalnych zjawisk, które pociągną za sobą nieodwracalne konsekwencje. Choć ta wspomniana znajomość w moim pojęciu wynika z pewnej powtarzalności pomysłu, w powieści pełni ona rolę zaplanowanej podbudowy fabularnej. Jest swoistym punktem wyjścia, który autor rozwija na swój własny sposób. Dzieje się tu niby niewiele, ale fabuła co rusz zaskakuje, a każda kolejna strona odsłania karty, niespiesznie wykładane przez twórcę książki na stół. 

W Lęku mamy do czynienia z pozornie spokojną, leniwie rozpisaną opowieścią, jednak język autora czyni wszystkie zawarte w niej wydarzenia niesamowicie ekscytującymi. Sablik ma naprawdę lekkie pióro, co w połączeniu z przemyślaną konstrukcją utworu sprawia, że wszystko chłonie się tu w najwyższym skupieniu. Choć akcja powieści rozgrywa się w dość krótkim czasie, a przerywane skokami napięcia sytuacje bywają dość prozaiczne, odbiorca nieustannie pozostaje w pułapce angażującego stylu autora. Wielka w tym zasługa znajomości psychiki bohaterów (szczególnie Jakuba i jego przyjaciela Daniela), z którymi czytelnikowi łatwo jest się utożsamić. Wątpliwości i obawy odczuwane przez nich są często zbieżne z tymi, które my sami czulibyśmy na ich miejscu. To, w połączeniu z tajemnicą przybyłej, wywierającej swój wpływ na domownikach dziewczyny tworzy swoistą mieszankę, decydującą o rosnącej fascynacji książką.    

Powieść Sablika to dzieło nieoczywiste. Widać to już po samym umiejscowieniu akcji. Gdzie jest ten las, gdzie ta pustynia, gdzie znajduje się miasto, do którego od czasu do czasu zapuszczają się bohaterowie? Nie znajdziemy tu odpowiedzi podanych na srebrnej tacy, ale jeśli choć trochę wysilimy mózgownicę i uruchomimy drzemiącą w nas wrażliwość, większość elementów układanki powinna wskoczyć na swoje miejsce. Pod tym względem jest to również książka trudna do opowiedzenia osobom postronnym. Najlepiej nadaje się do dyskusji pomiędzy czytelnikami, którzy samodzielnie poznali jej treść - można wtedy ciekawie wymieniać się spostrzeżeniami lub domysłami. Za taki stan rzeczy odpowiada skrupulatnie zaplanowany wydźwięk interpretacyjny powieści. Lęk wykorzystuje motyw wirusowej apokalipsy jako nośnika poczucia samotności lub odosobnienia występujących w nim postaci. Jak w posłowiu przyznaje sam autor, akcja książki mogłaby dziać się w zwyczajnym, wyludnionym miejscu, lecz moim zdaniem zabieg ten udał się tutaj w dwójnasób. Upadek cywilizacji lepiej działa jako katalizator odradzających się złych mocy, w dobie rozwoju ludzkości pozostających w czujnym uśpieniu.

Lęk jest książką, którą czyta się bardzo płynnie i pomimo spokojnej narracji potrafiącą utrzymać czytelnika na krawędzi fotela. Pod płaszczykiem wrażenia powtarzalności schematów oferuje skrupulatnie przemyślaną treść, zaskakującą bardzo intrygującymi rozwiązaniami. Sablik stworzył powieść, o której myśli się jeszcze długo po odłożeniu jej na półkę, wciągającą i pasjonującą, a jednocześnie wywołującą pewnego rodzaju refleksje. Część umownych elementów z fabuły krzyżuje się w niej z realizmem i dosłownością zdarzeń, co czyni z niej dzieło prawdziwie niezapomniane. Opisując swoje wrażenia celowo trzymałem się z dala od podawania konkretnych przykładów z książki, aby nie zepsuć nikomu zabawy z odkrywania jej zawartości. Lęk to historia, z którą każdy odbiorca musi zmierzyć się sam, sądzę jednak, że procent głosów dezaprobaty po lekturze będzie stosunkowo niewielki. Sądzę nawet, że dzięki poznaniu sedna tej powieści grozy możemy poszerzyć własne horyzonty oraz zgłębić naszą wrażliwość, co dobitnie świadczy o jej wysokim poziomie.


Tytuł: Lęk 
Autor: Tomasz Sablik
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 344
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 49,90 zł 

niedziela, 7 listopada 2021

KIOSK Z KOMIKSAMI - Wydanie 57 (Siostry Niezapominajki tom 1, Asteriks i Gryf, Invincible tom 12, Smerfy i bociany)

Spora różnorodność zapanowała znów w Kiosku z komiksami. Mam dziś dla Was dwa tytuły polecane młodszym czytelnikom, jedną pozycję superhero i pojedyncze wydanie klasyki dla odbiorcy w każdym wieku. Z jakością niestety jest różnie, sprawdźcie to sami. Zapraszam serdecznie.


Siostry Niezapominajki, tom 1 - Sen Sary

Coraz lepiej mają się w naszym kraju komiksy dla młodszych czytelniczek. Z wartych uwagi tytułów należy wymienić choćby zbiorcze wydania serii Czarodziejki W.I.T.C.H. czy niesamowite przygody Czaroliny. Do stale powiększającej się biblioteczki tytułów dołącza właśnie pierwszy tom serii Siostry Niezapominajki, tworzony przez Giovanniego Di Gregorio i Alessandro Barbucciego. O ile scenarzysta cyklu nie jest jeszcze specjalnie znany polskiemu czytelnikowi, to już autor ilustracji pozostaje figurą w pełni rozpoznawalną, choćby ze względu na swój graficzny wkład w serię Ekho. Wraz z autorami oraz tytułowymi, nastoletnimi siostrami przenosimy się do Paryża, gdzie lepiej poznamy codzienność naszych bohaterek, a co ważniejsze, wraz z nimi zgłębimy skrzętnie skrywaną tajemnicę ich mamy. Każda z dziewczyn ma unikalny charakter i zainteresowania. Lucilla to wielka miłośniczka kotów, Kasjopeja jest niepoprawną marzycielką, a Sara jako najstarsza z całej trójki czuje się odpowiedzialna za młodsze siostry. Od pewnego czasu jest także dręczona dość dziwnymi snami. Znajduje się w nich pod wodą, prowadzona przez stadko meduz do dziwnego domu umieszczonego w konarach wielkiego drzewa. Za każdym razem, gdy sens snu ma się wreszcie objawić, dziewczyna budzi się nie uzyskując żadnej odpowiedzi. 

Cała przygoda przedstawiona w Śnie Sary zaczyna się, gdy dziewczynki postanawiają zrobić swej mamie prezent z okazji jej święta. Na strychu odnajdują stare zdjęcia, z których zamierzają ułożyć pamiątkowy album. Szczególnie jedna, nigdy wcześniej nie widziana fotografia wzbudza zainteresowanie sióstr. Jak się wkrótce okaże, może być ona pomocą w uzyskaniu odpowiedzi na pytania o sen najstarszej z nich. Autorzy komiksu zabierają nas w podróż pełną rodzinnego ciepła, przeplataną nutką tajemnicy i magii. Nie jest to jednak typowa opowieść fantastyczna - nie spodziewajcie się więc wielkich tajemnic związanych z czarami, czy dalekich kosmicznych podróży. Rozwiązanie zagadki okaże się w sumie dość przyziemne, choć związane z delikatnymi, bardzo osobistymi (i bolesnymi) kwestiami. Umiejętność Di Gregorio w prowadzeniu bohaterek ku zrozumieniu sekretu ich mamy, z pewnością pozwoli oswoić się młodym czytelniczkom z poważniejszą, często trudną tematyką. To chyba największy plus tego komiksu. Ciepła i nieco baśniowego klimatu opowieści dopełniają niesamowite ilustracje Barbucciego. Artysta zastosował w tym komiksie nieco inną technikę rysowania niż w swych dotychczasowych pracach. Grafiki są utrzymane w malarskim stylu, stonowaniu uległa także paleta dobranych kolorów. Sen Sary to dobry początek historii, będący także w miarę zamkniętą całością. Choć nie jest to raczej pozycja dla dużych chłopców, jestem pewien, że Siostry Niezapominajki staną się nowymi ulubienicami nastoletnich czytelniczek. I bardzo dobrze, w końcu każda grupa docelowa powinna mieć swoje ulubione tytuły.

Tytuł: Siostry Niezapominajki, tom 1 - Sen Sary 
Scenariusz: Giovanni Di Gregorio
Rysunki: Alessandro Barbucci
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 72
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 39,99 zł


Asteriks, tom 39 - Asteriks i Gryf

Asteriks i Obeliks bawią cały świat już od ponad sześciu dekad. Niesamowity humor i umiejętność snucia opowieści Rene Goscinnego oraz łatwo rozpoznawalna kreska Alberta Uderzo zapewniła serii o przygodach dwóch dzielnych Galów status prawdziwej legendy popkultury. Niestety, wszystko co dobre kiedyś dobiega kresu i tak stało się również w przypadku Asteriksa. Śmierć Goscinnego, która pogrążyła w smutku świat komiksu w latach 70. ubiegłego wieku, oraz zeszłoroczne odejście Uderzo, pozostawiły niezapomnianą serię bez swych ukochanych ojców. Jak to jednak mówią głupi Rzymianie - "nie zabija się kury znoszącej złote jaja", toteż jeszcze za życia ilustratora cyklu rozpoczęto prace nad nowymi przygodami popularnych bohaterów. Twórcami wybranymi do niesienia pochodni dziedzictwa okrzyknięto J. Yves-Ferri'ego i D. Conrada, którzy w 2013 roku przedstawili światu swój pierwszy komiks Asteriks u Piktów. Reakcje na ten tom podzieliły fanów, jednak całość można było zwalić na fakt, że następcy legend dopiero rozgrzewali się przed prawdziwą petardą, którą miały być kolejne przygody Galów. Niestety, następne Asteriksy, publikowane cyklicznie w odstępie dwóch lat, potwierdziły jedynie marną kondycję Ferri'ego, nieumiejącego odnaleźć się w klimacie tak mistrzowsko sprzedawanym przez Goscinnego. W kontynuacji zdarzyły się też nieco lepsze albumy, jednak autor nigdy nie zbliżył się do klasycznego poziomu serii, pełnego humoru i niezapomnianych przygód. 

W tym roku do rąk fanów trafia już trzydziesta dziewiąta (a piąta pod przewodnictwem Ferri'ego i Conrada) odsłona cyklu - Asteriks i Gryf. Tym razem nasi bohaterowie wybierają się wraz z Panoramiksem do wioski Sarmatów, plemienia zamieszkującego odległe rejony barbarzyńskich ziem wschodniej Europy. Druid wiezie swemu dawno niewidzianemu przyjacielowi, szamanowi Akiedystravie beczułkę magicznego wywaru siły. Pech chce, że w tym samym kierunku zmierza potężny oddział Rzymian, pragnący odnaleźć na polecenie Cezara mityczne zwierzę zwane Gryfem. Jak możemy się spodziewać, na miejscu dojdzie do dynamicznej konfrontacji stron, posiłkowanej kolorytem egzotycznych zwyczajów oraz klimatem pogodowym nieznanych stron (śnieg i sroga zima). I jest tak w istocie (świetne jest odwrócenie podziału ról w sarmackiej osadzie), lecz to jedyne z pozytywnych kwestii, jakie wynikają z lektury tego tomu. Ferri niestety zupełnie nie czuje Asteriksa. Pisząc kolejne tomy ma zapewne rozłożone klasyczne komiksy z tej serii, ale za grosz nie pojmuje, w czym tkwiła siła scenariuszy Goscinnego. A był on gorącym wyznawcą i spadkobiercą klasycznej komedii, oraz wnikliwym obserwatorem codziennego życia, co z niesamowitą lekkością przenosił na łamy swych opowieści. Nowemu autorowi bardzo tej zdolności brakuje, a co za tym idzie, nie potrafi on nawet wymyślić jakiejś interesującej fabuły. W tym tomie treści jest jak na lekarstwo. Ponadto, Asteriks i Gryf tonie w jednoliniowych nawiązaniach do wyrażeń lub nazw własnych znanych ze współczesności, które za niecałą dekadę będą zupełnie nieczytelne dla nowych czytelników. Tak napisany komiks nudzi, nie bawiąc prawie wcale, a w kwestii dynamiki fabuły pozostawiając nazbyt wiele do życzenia. Tytułowy Gryf, będący tzw. kryptydą, z oczywistych przyczyn nie pojawia się w komiksie. Tymczasem wyjaśnienie sprawy jego domniemanego istnienia pozostawia ogromne uczucie niedosytu. Chyba nie dało się tego rozegrać gorzej... Jedynym plusem całości są olśniewające ilustracje Conrada, które bez problemu dorównują kunsztowi Uderzo. Naprawdę cieszą oko, są wesołe i niesamowicie szczegółowe, co nieczęsto zdarza się w komiksie humorystyczno-przygodowym. Niestety, nowy Asteriks nie ma takiego szczęścia co nasi rodzimi woje Kajko i Kokosz, których Nowe Przygody pisane przez Maćka Kura stanowią wspaniałą i pod każdym względem godną kontynuację serii. Ale na Teutatesa, my Francuzom Maćka nie oddamy! Muszą z własną niemocą twórczą poradzić sobie sami.

Tytuł: Asteriks, tom 39 - Asteriks i Gryf 
Scenariusz: Jean Yves-Ferri
Rysunki: Didier Conrad
Przekład: Marek Puszczewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 22,99 zł


Invincible - tom 12

Wśród rosnącej ilości nowych, stale pojawiających się tytułów, dobrze jest mieć choć kilka takich, których autorzy wiedzą, kiedy powiedzieć sobie dość. I to nie to, że cieszę się z finału Invincible'a - absolutnie nie - ale fajnie, że okazał się być serią posiadającą przemyślany przebieg, przewidujący epilog opisanej drogi i historii występujących w niej postaci. O tym, że Robert Kirkman jest świetnym scenarzystą pisałem na blogu nie raz. Nie będę się więc powtarzał, dodam teraz jedynie, że w 12. tomie przygód Marka Graysona autor scenariusza pokazał jak umiejętnie zakończyć w pełni niezależną serię superbohaterską. Tak, to z pewnością łatwo powiedzieć, ale jeśli na przestrzeni piętnastu lat na łamach jednego tytułu tworzy się tak epickie uniwersum jak w Invincible, sztuka polega nie tylko na ukazaniu finału drogi głównych bohaterów, ale też wygaszeniu wielu wątków pobocznych. Kirkmanowi udało się to znakomicie. Akcja nowego tomu skupia się w większości na nieuchronnej wojnie, do jakiej musi dojść pomiędzy siłami Ziemi, a viltrumiańską armią Thragga. Ze zrozumiałych przyczyn pierwszą połowę komiksu wypełniają dynamiczne starcia, pełne ciekawych zwrotów akcji oraz niespodziewanych sojuszy. Na szczęście autor zadbał, aby sieczka w kosmosie miała odpowiednie podbudowanie fabularne, toteż emocje nie opadają nawet wtedy, gdy uodparniamy się już zupełnie na widok tryskającej wszędzie krwi czy latających wnętrzności. W końcu jak finał, to finał, prawda? W drugiej połowie tomu zmienia się klimat i zaczynamy porządkowanie spraw prowadzących do tego, co zawsze było celem autorów. Kirkman wraz z rewelacyjnie oddającym wizualność opowieści Ryanem Ottley'em pokazują, że sedno ich historii nieustannie tkwiło nie w walkach i potyczkach na ogromną skalę, ale w ponadczasowych wartościach, takich jak rodzina, przyjaźń, oddanie i przebaczenie.

I tych elementów jest w końcówce tomu naprawdę sporo, ale są tu one z oczywistych przyczyn bardzo potrzebne. Narracja celowo przyspiesza, przenosząc nas pomiędzy przyszłością a teraźniejszością, aby pokazać jakie były efekty działań przedstawionych w połowie tomu. Kirkman potrafi świetnie kształtować relacje pomiędzy postaciami, sprawiając, że nawet najdziwniej wyglądający kosmici wydają się nam całkiem bliscy. Dodaje to pożądanego sensu do całości jego niecodziennej i niezwykle kreatywnej opowieści. I tak czytamy sobie tę ostatnią część, ciesząc się, że została wymyślona przez kogoś, kto nie tylko potrafi wymyślić w pełni autonomiczny wszechświat, ale też sprawić, żeby całość znalazła swój początek, rozwinięcie i w pełni satysfakcjonujące zakończenie. W świecie historii obrazkowych, które w nieskończoność torturują superbohaterów, aby ci przez całe dziesięciolecia wykonywali swoją misję, ta zdolność wydaje mi się bardzo cenna. Jeśli nie mieliście wcześniej do czynienia z przygodami Invincible'a, zachęcam do sięgnięcia po ten komiks. Pomimo dość okazałej grubości poszczególnych tomów całość czyta się bardzo szybko, a wspaniałe rysunki Ryana Ottley'a i Cory'ego Walkera sprawią, że bez zapamiętania wsiąkniecie w ukazaną w nim historię. Szczególnie teraz, kiedy wszystkie części są łatwo dostępne na rynku i nie trzeba czekać kilka miesięcy na dalszy ciąg. Czy zatem Invincible to faktycznie najlepszy komiks superbohaterski we wszechświecie? Całkiem możliwe! ;-)

Tytuł: Invincible - tom 12 
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Ryan Ottley, Cory Walker
Przekład: Agata Cieślak
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 344
Oprawa: twarda
Cena okładkowa: 99,99 zł


Smerfy, tom 38 - Smerfy i bociany

Nie wszystkie komiksy wymagają wydawania poszczególnych tomów w kolejności chronologicznej. Na naszym rynku, który cechuje nieustanne uzupełnianie klasycznych kolekcji, taki stan rzeczy ma m.in. miejsce w przypadku Lucky Luke'a oraz Smerfów. Oba tytuły odznaczają się zamkniętą formą fabularną poszczególnych tomów, toteż ich treść można poznawać w dowolnej konfiguracji, bez straty dla zrozumienia uniwersum, w którym się rozgrywają. Taki stan rzeczy zmusza nas do dłuższego oczekiwania na niektóre, jeszcze nie wznowione części Smerfów (w tym tworzone przez legendarnego Peyo), ale raz na jakiś czas Egmont podrzuca nam najnowszy tomik przygód tych niezwykle lubianych, niebieskich stworków. I tak w nasze ręce trafia tegoroczny, jeszcze gorący 38. album Smerfy i bociany. Po śmierci ojca serii, prace nad losami Smerfów przejął jego syn Thierry Culliford wraz z zastępem współpracujących z nim scenarzystów i grafików. W regularnych odstępach czasu dostarczają oni nowe komiksy, sprawiając, że smerfna marka ma się dobrze i nie zostaje zapomniana. Trzeba przyznać, że wychodzi im to całkiem nieźle, a niektóre albumy są wręcz tak samo dobre, jak te rysowane niegdyś przez Peyo.

W najnowszej przygodzie autorzy odchodzą od tak lubianego przeze mnie smerfnego parodiowania ludzkiej natury, skupiając się pełnej akcji fabule. Smerfy wybierają się na przyjęcie urodzinowe czarodzieja Omnibusa, gdzie docierają na grzbietach zawsze pomocnych im bocianów. Niestety, kolejnego dnia piękne ptaki nie przylatują odebrać swych niebieskich towarzyszy, jasnym staje się więc, że musiało stać się coś złego. Trop poprowadzi Smerfy do siedziby niejakiego Arnalfa, wyjątkowo tępego człowieka, który naczytał się w pewnej wątpliwej jakości księdze o dobroczynnym wpływie żółtek z bocianich jaj na ludzkie zdrowie. T. Culliford i A. Jost zabierają nas w tej części nie tylko na swoiste "mission impossible" w wykonaniu Smerfów. Pomiędzy jak zawsze pełną przygód i dobrego humoru opowieścią, przemycają oni ważne kwestie, takie jak szacunek dla przyrody oraz krytykę bezgranicznego zaufania wobec wątpliwych autorytetów. Całość wychodzi im bardzo sprawnie i autentycznie, nic zatem dziwnego, że komiks czyta się szybko i przyjemnie. Bardzo lubię, gdy przygody Smerfów wychodzą poza ramy przygód w ich wiosce lub jej bliskich okolicach, ukazując szerszy kontekst świata, kreatywnie poszerzając to baśniowe uniwersum. Tak jest właśnie w Smerfach i bocianach, opowieści, która przypadnie do gustu młodszym i starszym wielbicielom familijnej, komiksowej rozrywki. Jest tu wartka akcja, humor i mądre przesłanie, więc chyba nie ma powodu, dla którego ta część miałaby się komuś nie spodobać. Ja bynajmniej polecam.

Tytuł: Smerfy, tom 38 - Smerfy i bociany 
Scenariusz: Alain Jost, Thierry Culliford
Rysunki: Miguel Diaz Vizoso
Przekład: Maria Mosiewicz
Wydawnictwo: Egmont Polska
Rok wydania: 2021
Ilość stron: 48
Oprawa: miękka
Cena okładkowa: 24,99 zł


Wszystkie opisane powyżej komiksy znajdziecie na stronie Egmontu.


sobota, 6 listopada 2021

Wieczność przez pryzmat filmu Marvela, czyli nowa jakość produkcji w Eternals (2021)


Jak na większość zeszłorocznych produkcji, także na premierę nowego widowiska Marvela, czyli Eternals musieliśmy czekać aż kilkanaście miesięcy. Czy się opłaciło? Moim zdaniem tak, choć film w reżyserii Chloe Zhao nie ustrzegł się kilku błędów, przez które stracił szansę, aby jeszcze lepiej sprostać moim oczekiwaniom. No dobrze, ale kim lub czym są w ogóle ci tytułowi Eternalsi? To niezwykłe, dysponujące różnymi umiejętnościami istoty z kosmosu, stworzone przez przepotężne byty zwane Celestianami. Na ich polecenie wieki temu chronili rozwijającą się ludność Ziemi przed Dewiantami, krwiożerczymi potworami z kosmosu. Po zakończeniu misji nadal pozostają wśród nas, starając wtopić się w otoczenie, wypatrując sygnału powrotu do domu. Ich długowieczna egzystencja zostaje niespodziewanie przerwana przez serię tajemniczych wydarzeń (z ponownym pojawieniem się Dewiantów oraz silnymi trzęsieniami Ziemi na czele), które poprowadzą ich do odkrycia prawdziwego celu swego istnienia.

Zhao zabiera nas w fascynującą podróż, sygnalizując nową jakość filmów Marvela, za sprawą jednoczesnego odciśnięcia autorskiego piętna na opowiadanej historii. I to właśnie z tym elementem Etarnals wiąże się moje pierwsze zastrzeżenie. Choć opowieść ta, w większej mierze eksplorująca nie znane widzom zakątki uniwersum, nie może obyć się bez dość złożonej ekspozycji, to robiąc to, często spowalnia akcję filmu, skazując widza na spore dłużyzny. Oczywiście, przedstawienia zasad świata nie dało się tu poprowadzić inaczej (sprawnie posłużono się dialogami oraz kilkoma scenami retrospekcji), jednak chyba nic nie stałoby się całości, gdyby skrócono ją o ten kwadrans lub dwa. Zyskałaby na tym dynamika oraz ogólny odbiór tempa produkcji. Z kolei język filmowy, którym operuje reżyserka, fajnie skomponował się z kształtem całości, dodając jej oczekiwanego, nowego charakteru. 


Eternals wychodzą obronną ręką także z problematyki przedstawienia na raz tak wielu nowych postaci (pomijając Strażników Galaktyki, po raz pierwszy mamy tu do czynienia z grupą superbohaterów). Szczęśliwie twórcy nie odnoszą się do nich jak do bohatera zbiorowego, ale indywidualnych jednostek, z których każda dostaje swoje pięć minut na ekranie (i to nie tylko pod względem scen akcji). Każdy widz bez problemu wybierze dwie lub trzy postacie, które staną się jego ulubieńcami. Kolejny problem filmu leży niestety w scenach akcji. Nie wiem czy stało się tak ze względu na wysokość budżetu, ale większość potyczek z pierwszego i drugiego aktu produkcji rozgrywa się w nocy, przez co nie da się w pełni cieszyć wizualną stroną widowiska. Być może w ten sposób chciano ukryć jakąś niedoskonałość efektów specjalnych, ale jednocześnie zabiło to sporą część frajdy z oglądania filmu. Wielka szkoda, bo potyczki z Dewiantami (już od pierwszych zwiastunów) były dla mnie jednym z fajniejszych wątków Eternals

Film ciekawie porusza kwestie pytań o powstanie ludzkości oraz motywy mitów, wierzeń oraz wszelakich baśni. Imiona postaci nawiązują do tych kwestii otwarcie, inspirująco rozwijając możliwości domniemań, jakie można snuć zaraz po wyjściu z kina. Z tym co leży u podstaw tej tematyki, wiąże się potężny zwrot akcji w drugiej połowie historii. Skłania mnie on dodatkowo do dłuższego zastanowienia nad sensem wielkich zagrożeń w uniwersum Marvela. To co dzieje się w finale Eternals, jest problemem na skalę o wiele większą niż działania Thanosa, znane z poprzednich opowieści. Pomimo zastosowanej metodyki, polegającej na przedwczesnym pozbawieniu życia kilku postaci, nasi bohaterowie radzą sobie ze wszystkim w niecałe 30 minut, co rodzi moje pytanie o sens takiego podejścia i manipulacje percepcją widzów przy ukazywaniu podobnych zdarzeń. To oczywiście w pełni zrozumiała kwestia komercyjnego podejścia do filmów, które ma na celu wydusić z nas jak najwięcej pieniędzy. Tymczasem właśnie przez to waga zagrożenia nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak powinna. Być może zabrakło tu odpowiedniego podbudowania w poprzednich produkcjach. Ciekawe, czy tylko ja tak myślę...? 

Pomimo dobrze zauważalnego, nowego charakteru opowieści, Eternals są nadal filmem sygnowanym pieczęcią Marvela, o czym przypominają nam nie tylko dynamiczne sceny akcji i odniesienia do poprzednich wydarzeń, ale również serwowany w nim humor. Nie ma go aż tak wiele, jak w niektórych poprzednich produkcjach, jednak z powodzeniem spełnia powierzoną mu rolę. Pomimo kilku wymienionych powyżej zgrzytów, oceniam seans filmu pozytywnie. Nie jest to może pierwsza piątka najlepszych historii z uniwersum, ale za jakiś czas z pewnością chętnie do niego wrócę. Tym bardziej, że zakończenie (oraz dwie sceny po napisach) zapowiadają jeszcze szerszy kontekst zaprezentowanych w finale wydarzeń. W sumie nic dziwnego, w końcu nie od dziś wiemy, że ten świat to nieustający serial, którego elementy zazębiają się ze sobą, tworząc długą, pełną przygód opowieść.       



Tytuł: Eternals (Eternals)
Scenariusz: Chloe Zhao, Patrick Burleigh, Ryan Firpo
Reżyseria: Chloe Zhao
Obsada: Gemma Chan, Richard Madden, Angelina Jolie, Salma Hayek, Kit Harington, Kumail Nanjiani, Lia McHugh, Lauren Ridloff, Brian Tyree Henry, Barry Keoghan, Ma Dong-seok i inni
Wytwórnia: Marvel Studios, Walt Disney Studios 
Rok produkcji: 2021
Data premiery: 5 listopada 2021 (Polska), 5 listopada 2021 (USA)
Czas trwania: 157 min.